BANKS&STEELZ – Anything But Words (Warner)

Paradoks. Kuriozalna sytuacja, kiedy zderzają się dwa światy i z pozornie głupiego połączenia, które teoretycznie powinno wzbudzić śmiech, rodzi się coś ciekawego. Nie kabaret, tylko całkiem sensowne działanie, produkt, sztuka. Takim paradoksem jest spotkanie znanego z Wu-Tang-Clan Roberta Fitzgeralda Diggsa (RZA) i gitarzysty Interpol, Paula Banksa, czego efektem jest płyta projektu Banks&Steelz.

Jeśli ktoś śledzi Violence, wie, że rytmicznego szczekania zasadniczo nie lubię. Za dużo w tym bufonady, za mało muzyki. Owszem, są wyjątki, ale raczej potwierdzające regułę. Podobają mi się działania Fisza, ale jak się okazuje, ostatnia płyta udowadnia, że rytmiczne szczekanie było tylko punktem wyjścia a nie celem samym w sobie, co jest zresztą bolączką przynajmniej połowy raperskiej braci w tym kraju. Odwrotnie, dużą estymą darzę indie rockowe zespoły, nisko kłaniające się Joy Division i takim przykładem jest najbardziej brytyjski z Amerykańskich bandów – Interpol. Współpraca RZA  z liderem tych ostatnich mocno mnie zaskoczyła i choć do płyty podchodziłem jak do jeża, okazało się, że kiedy w głowach jest coś więcej niż koks i panienki obwieszone złotem, to i z rapowania może wyjść pożyteczna historia. bs

Pomijam w tym miejscu poszczególne numery z płyty, te każdy może przeanalizować sam, intryguje mnie raczej fakt, jak zbawienny wpływ mieli ci dwaj artyści na siebie i postrzeganie swojej muzyki. A może na muzyczną wrażliwość po prostu? W zasadzie panowie nie przedefiniowali swojej twórczości a spowodowali uwypuklenie skrywanych (nieistniejących wcześniej?) cech, które stanowią o sile płyty. W Interpol zawsze gdzieś tam mnie uwierało zbytnie mazgajstwo. Fajny zespół, klimatyczne płyty, ale… Dzisiaj to „ale” nazywa się rytmem, kopiącym prosto w ryj. Melodie i gitarowe zagrywki Banksa w zderzeniu z hip-hopową, pancerną rytmiką zyskują rumieńce, potrzebną podbudowę i siłę. Pasuje jak ulał, choć sam w to nie wierzę. A nawijki RZA… cóż, melodyka, którą przełamuje szczekanki kolega Banks, nadaje im miękkości, takiego, hmmm, lirycznego kontekstu. Także produkcja jest mistrzowska, czasami cieszy naturalne brzmienie bębnów, świetne partie gitary, czy udział gości, chociażby niezły ficzurnig Florence Welch w „Wild Season”.

I to wszystko do kupy żre aż miło. W każdym razie, do jazdy na rowerze, biegania, ćwiczeń itp. zajęć nadaje się idealnie, pompuje adrenalinę, cieszy po prostu. Taką rozrywkę to ja rozumiem, choć jeśli ktoś myśli, że będzie początkiem mojego flirtu ze sceną hip-hopową, jest w wielkim błędzie.

Arek Lerch

Cztery i pół