BANISHER – Scarcity (Unquiet Records/Defense Records/Spread the Metal)

Przykład Banisher pokazuje jak długą drogę odbył death metal z piwnic Florydy po krakowskie garaże. To, co jeszcze jakiś czas temu było nowoczesne, dzisiaj mianuje się oldskulem, sceną rządzą zaś młodzi i złąknieni sukcesu profesjonaliści. Płyta „Scarcity” to przykład kolejnej już fali death metalu, łączącej niemiłosierny wyziew z techniką. Być może Banisher niczego nowego nie odkrył, ale potrafi na parę chwil zaprzątnąć umysł, tym bardziej, że przemyca tu i ówdzie sygnały, że stać go na dużo więcej.

Przyznam się, choć to może dziwnie zabrzmieć, że Banisher jest ofiarą moich, zmieniających się upodobań. Jakieś 6 – 7 lat temu taka płyta spowodowałaby u mnie niekontrolowany entuzjazm. Dzisiaj, jeśli już ładuję w uszy hałas, wolę degeneratów pokroju nowozelandzkiego Ulcerate czy black metalową scenę francuską, a wymiociny pokroju Dying Fetus traktuję raczej jako sposób na poprawę krążenia i podniesienia poziomu adrenaliny w organizmie. Ok, nie chcę, żeby ktoś uznał powyższe słowa za nieudolną próbę tłumaczenia, że „Scarcity” mi się nie podoba. Nic bardziej błędnego; bez problemu i zupełnie szczerze muszę oddać chłopakom sprawiedliwość – grać potrafią i to raczej bardzo dobrze.

Muzycznie „Scarcity” to w zasadzie dość standardowy, ale wykonany z piekielną precyzją, amerykański grind/death z lekką domieszką zakrętu, który objawia się w tak wyjątkowych fragmentach jak „Vanity”, gdzie zespół zaskakuje niemal jazzrockową wstawką, udowadniając przy tym, że jest muzycznie niesamowicie utalentowany. Niestety, ten fragment jest jednocześnie gwoździem do trumny, bo pokazuje, że chłopaki potrafią i jednocześnie denerwuje, że jedynie w tak nielicznych miejscach muzyka wyłamuje się schematom. Te ostatnie są tu obecne w każdej frazie – rytmika, sposób prowadzenia gitar, wokalny masochizm; wszystko klasyfikuje płytę jako wysokiej jakości, mocno amerykański metal śmierci. Największe wrażenie robi oczywiście pałker, co po raz kolejny przekonuje mnie, że w tej muzyce najważniejszym instrumentem pozostaje perkusja. Jeśli miałbym wyszukiwać cechy, które w jakiś sposób wyróżniają płytę z całej masy metalowych fonograficznych propozycji, będzie to niesamowita, rock’n’rollowa wręcz lekkość, z jaką zespół porusza się po tej gmatwaninie dźwięków. Grupa sprawnie aranżuje utwory, ładując nie sporo pomysłów, wprawdzie nie wykraczających poza standardy – ok, bardzo wysokie – takiej muzyki, ale jednak trzymające w napięciu. Być może Banisher stoi troszkę pomiędzy, bo nie jest zbyt odjechany, a dla ortodoksów pozostanie pewnie zbyt nowoczesny. Momentami można wręcz zastanowić się, czy to jeszcze death metal, czy może już współczesna, metroseksualna (oj oj…) odmiana ciężkiego metalu.

Banisher należy do grona tych wykonawców, którzy postawili na techniczną biegłość i swoje założenia konsekwentnie realizują. Potraktuję zatem „Scarcity” jako zajawkę, kokon, z którego być może wykluje się w przyszłości coś znacznie bardziej miażdżącego. Dźwięki z tej płyty, choć nie przynoszą żadnych odkryć, mają jednak podstawową i niezaprzeczalną zaletę – są bardzo świeże i bije z nich entuzjazm, który na współczesnej scenie DM został, niestety, zastąpiony przez sprawne rzemiosło. Tak czy inaczej – maniacy mielonki po linii Suffocation i Dying Fetus powinni czym prędzej zaopatrzyć się w „Scarcity”.

Arek Lerch

Cztery