BALTHAZAR – Thin Walls (Play It Again Sam)

Belgijski Balthazar tłucze się po świecie już od 2005 roku, ale wyprodukował na razie tylko trzy płyty, z których debiut miał miejsce w 2010 roku i został całkiem ciepło przyjęty wśród miłośników niezobowiązującego indie rocka. Potem była mała zapaść w postaci „Rats” a dzisiaj dostajemy trzeci krążek, który teoretycznie przynajmniej powinien pokazać w jakim miejscu znajduje się zespół. Stylistycznej wolty nie ma, bo i po co, grunt, że gęba się cieszy.

Staram się dzielić muzykę na kilka kategorii, niezależnie od stylistyki. Jest muzyka dostarczająca adrenaliny, dzięki której dojeżdżam do pracy rowerem nie w przepisowe pół godziny, ale w 15 minut, jest muzyka tzw. ambitna – nie do tańca, ale do różańca w domowym zaciszu, jest wreszcie sztuka czysto użytkowa, która ma poprawiać humor, bez większych ambicji zmieniania muzycznego biznesu. I do tej ostatniej kategorii zaliczam Belgów.

Od początku wiadomo, że będzie lekko i przyjemnie, choć trzeba przyznać, że zespół potrafi fajnie zaadaptować do swojej twórczości te bardziej mroczne elementy. Niektóre, klawiszowe pasaże brzmią jak skradzione ze śpiewnika Editors i to dodaje pewnego, niepokojącego sznytu tym prostym formalnie piosenkom. Właśnie – na trzeciej płycie dominuje melodia i nawet jeśli nie są to jakieś strasznie przebojowe tematy, od razu wchodzą w głowę. I nawet jeśli nic w niej nie pozostawiają (haczyków brak – kolejny minusik…), swoją rolę realizują idealnie – pobudzają wydzielanie endorfiny, poprawiają nastrój, niczego więcej nie oczekuję. Ok., zdecydowanie lepiej jest w tych mroczniejszych, mniej sowizdrzalskich tematach, szczególnie, kiedy leciutko gęstnieje mrok za sprawą wokaliz, ocierających się gdzieś o „nationalowe” smęciarstwo. Tutaj ukłon w stronę strun głosowych Simona Casiera. Chłopak wie, co robi. Ogólnie jest gładko, zespół z rzadka bawi się możliwościami studia, choć czasami potrafi nieco „postarzyć” muzykę, stosując zabiegi, kojarzące się z minioną epoką, są to jednak tylko dodatki, które mają leciutko uatrakcyjnić formę, bez jej drastycznego zmieniania. Dlatego też trzeba wyraźnie przyznać, że choć subiektywnie słucha się tej płyty dobrze –właśnie jako takiego „poprawiacza nastroju”, trudno jednak nie wyłowić z tej gromadki ze dwóch tematów zupełnie niepotrzebnych, tzw. wypełniaczy, a to już grzech gruby. Band#2

Balthazar swoją trzecią płytą kompletnie nie zdradza swoich aspiracji, proponując ułożony (bałbym się użyć słowa „poprawny”) indie rock, bawi i uśmiecha się do wszystkich, choć myślę z lekką naiwnością, że kryje gdzieś mroczną tajemnicę, którą ujawni na czwartej – mam nadzieję – przełomowej płycie. Bo talentu odmówić im nie można.

Arek Lerch

Zdjęcie: Anton Coene

Trzy