BAKLAVAA – Dane On (Grimoire Records)

Przeczytałem kiedyś wywiad z czołowym przedstawicielem noise rockowej rewolucji, w którym muzycy opisywali swoje początki, kiedy to obijali się po małych knajpkach grając swoje kawałki kompletnie nieprzygotowanej publice, nagradzającej zgrzytliwe dźwięki sążnistymi bluzgami i flaszkami lecącymi na scenę. Przerywane koncerty w tamtym okresie były ponoć normalką. Dzisiaj ów zespół jest jedną z legend noise’a, a historia przypomniała mi się w momencie lektury debiutanckiej płyty kwartetu Baklavaa z Baltimore.

Dlaczego? Bo kiedy posłuchałem muzyki i obejrzałem fotki zespołu, doszedłem do wniosku, że to doskonały kandydat do boksowania w małych, zaplutych klubiszczach. Muzykanci o wyglądzie niedorobionych pensjonariuszy szpitala dla głupków, basistka dzierżąca nieporadnie przyduży bas i dźwięki stanowiące idealny pretekst, by dać grajkom po mordzie. Może tak było, a może trochę koloryzuję, bo Baklavaa grać potrafi i wszystkie te wyrywające zęby z dziąseł hałasy są starannie przemyślane. Choć fakt, dawno nie słyszałem muzyki tak zgrzytliwej i obdartej z jakichkolwiek namiastek melodyki. Grupa skupia się na miarowym, poszarpanym odjeździe i szuka rozwiązań, które momentami trudno odróżnić od zwykłego chaosu. Jest w tym jednak na tyle konsekwentna, że przy odrobinie dobrej woli można zauważyć pewien pokraczny porządek, organizujący „Dane On”. Bardzo łatwo byłoby zbyć muzykę prostymi słowami, bez dociekania sedna; by jednak tam dotrzeć, trzeba się z tymi „piosenkami” nieco pomęczyć, zrozumieć założenie i być może nawet je polubić. Baklavaa-Live-shot1

Pierwsza sprawa to esencja, czyli warstwa gitarowa, bo tu upatruję czegoś w rodzaju punktu zaczepienia. Stawiając na całkowite rozchwianie i brzydząc się melodią czy harmonią, panowie Ted i John stworzyli coś w rodzaju wynaturzonego duetu kompozytorskiego. Zapewne głównym założeniem jest poszukiwanie niemożliwych do zrozumienia i zagrania akordów, przy których pomysły Ranaldo i Moore’a mogą się wydawać ogniskowymi pitoleniami. Owocem twórczego geniuszu są perełki w rodzaju „Ointment”, rozchwianego „Plunger Lip”, szczyt inwencji zespół osiąga jednak  w najlepszych (czyli smakujących jak nalewka z piołunu) kawałkach – „R Plastic” zabija „harmoniami” i stanowi prawdziwą cezurę; jeśli przeżyjemy, możemy zmierzyć się z najdłuższym na płycie, ośmiominutowym „Ginger V”, będącym niczym innym jak awangardowym odjazdem. O tym, że muzykanci coś normalnego potrafią jednak zagrać, świadczy dwuczęściowy „Gold Candier” – wolno, nieco transowo, momentami w kształcie – przepraszam z to słowo – piosenki, choć w drugiej części zespół nie wytrzymuje i funduje prawdziwego, gitarowego drone’a. Równie przyjazny jest „Mey”, który określiłbym jako The Jesus Lizard grający indie rocka i „codeine’owaty”, wolniutki „Tampered With”. Skoro pojawiły się już nazwy „z epoki”, trudno nie odnieść się do kredytu, jaki zespół Baklavaa zaciągnął u gitarowych mistrzów. Słychać to i w surowym brzmieniu, w programowej brzydocie i tym całym, jakże charakterystycznym anty – imege’u, choć trzeba przyznać, że grupa ma swój własny, popieprzony lot. W sumie stworzyli nielichy, otępiający koncept, który świadczy, że mimo wyglądu niezbyt lotnych studenciaków, mają wizję i z uporem ją budują. No i rzecz najważniejsza – na koncercie ta muzyka musi być istną, ogłuszającą symfonią hałasu. Chciałbym tego doświadczyć…

A na koniec trudny moment oceny… Przyznałbym tej produkcji maksymalną ilość punktów (z sentymentu i nieustającej sympatii do hałasu…) jednak siląc się na resztki obiektywizmu, muszę pogodzić się z faktem, że jest to jednak bardzo niszowa produkcja, która przez swoje rozchwianie i absolutną dysharmoniczność, przypadnie do gustu głównie oddanym maniakom gitarowego odjazdu, nie znajdując poklasku na tyle dużego by zwrócić na siebie uwagę szerszego gremium (co akurat jest plusem…). Niemniej jednak – polecam każdemu, komu nie są obojętne alternatywne klimaty, kłaniające się nisko złotej erze noise rocka.

Arek Lerch 

Cztery i pół