BADYLE – Święto Dziękczynienia (Plexus of Infinity)

Coś ostatnio mało piszę o indie rockowych mamajach, zatem trzeba ten fakt zmienić – jest już Dressed As Humans, a teraz znalazłem gdzieś za rogiem zespół Badyle. Nazwa pretensjonalna jak cholera, odechciewa się słuchać, bo człowiek ma wrażenie, że to jakaś poezja śpiewana z domu kultury, za przeproszeniem. Z tu proszę, rasowa płyta z tzw. „tekstem”, i ciekawym przelotem od folku po miejskie indie.

Jednoznaczne zdefiniowanie muzyki Badyli jest ciężkie i zdecydowanie łatwiej dokonać takiej oceny przez pryzmat tekstów. Czyli mamy płytę „o końcu wszystkiego”, jak to określa sam zespół i faktycznie, wsłuchując się w słowa mamy do czynienia z jakąś zapowiedzią katastrofy. Wszystko w końcu się spieprzy i taki jest finał doczesnych rzeczy. Zatem… depresja, cóż, może raczej przekora albo zabawa ze słuchaczem oraz pretensjonalizm podniesiony do ragi sztuki. Bo jeśli za wyznacznik przyjąć z kolei tekst z jednej z piosenek, o tym by… nie słuchać słów, bo są fałszywe… Cóż, można i tak. W każdym razie, dałem się wciągnąć w te gierki a to najlepiej świadczy o tym, że warto po „Święto Dziękczynienia” sięgnąć. Tym bardziej, że nie jest to „piękna katastrofa” a raczej przelot po smutkach i depresjach dni ostatnich. W sumie, wpisuje się ten krążek w ogólną sytuację na rynku. Gorzej jak stanie się lepiej, bo wtedy może być… Dobra, dość tych zawijasów, bo skoro słów mamy nie słuchać, skupmy się na muzyce, a ta jest zdecydowanie intrygująca, bo choć zespół sprawnie żongluje tutaj różnymi kliszami, łączy różne wątki we własną i dopracowaną wypowiedź.Koniec?
Całościowo muzykę można ująć w zwrocie „indie rock”. Dodajmy, polski indie, bo otwierająca album „Muzyka cz. 2” prowadzi skojarzeniami od trójmiejskiego EGO, przez Neony do Bratów z Rakemna. Jeśli ktoś myśli jednak, że będzie łatwo… nic z tego. Bo dalej mamy taneczny song z fajnym, „cyrkowym” motywem w tle („Nie było morderstwa”), jest odrobina hałasu w „Eriksson” czy post punkowym „Źmy” no i psychodela w „Porozmawiaj z Nią”. Badyle podają nam pewne wątki, ale robią to na tyle ciekawie i z wyczuciem, że nie mamy wrażenia uczestniczenia w jakimś dziwacznym festiwalu powtórek. Są też momenty, kiedy zespół wspina się na wyżyny, szczególnie w tych bardziej mrocznych tematach, ocierających się o nationalowy aksamit („Tamam Shud”) czy tzw. transowej piosence o bezsilności, zatytułowanej „Krawat”. Jedziemy dalej: jest piosenka o wkurwieniu w rytmie zimnych lat 80. („Już nie jestem jak ten Wiatr”), „Budapest” miał być o miłości, ale tej przecież nie ma (słychać tu Ewę B., choć trudno nazywać ten fragment noise’owym…) i mój ulubiony „Odśwież koniec”, kojarzący się trochę z nostalgicznym klimatem ostatniej produkcji L.Stadt.

Podsumowując, muzyka niechciana (bo z indie trochę tak jest…) ma się dobrze, płyta dobrze wpisuje się w beznadziejny, postkoronawirusowy czas, wszystko się kończy a my tańczymy na grobach popkultury. Polecam to i wam.

Arek Lerch

Cztery i pół