AZARATH – Blasphemers Malediction (Witching Hour)

Azarath to sumienie metalowej nacji w naszym pięknym kraju. To czysta odpowiedź na radio Maryja, to charknięcie  i splunięcie na groby przodków. To szczera, może strasznie naiwna a może autentycznie wkurwiona odpowiedź na pytanie – “A co to jest ten def metal?”. Odpowiedź jednoznaczna i konkretna, zamykająca się w dwóch słowach – idźcie w cholerę!!!

Nic nie zmieni faktu, że do końca życia będę fanatycznym orędownikiem drugiej płyty Azarath „Infernal Blasting”. To płyta skończona, genialna i niepowtarzalna. Azarath jednak idzie do przodu a najnowsze dzieło, ku uciesze piszącego, jest nawiązaniem do klimatu tamtego krążka. To, co mnie urzeka, kiedy odpalam „Blasphemers…”, to straszliwa, sataniczna, wulkaniczna i bestialska intensywność, która rozpieprza głośniki, zdziera tynk ze ścian i łoi w dupsko aż miło. Choć kawałki na tym krążku są z pietyzmem zaaranżowane to i tak najważniejsze jest napieranie do przodu. Inferno gra tak intensywnie, szybko i gęsto, jakby chciał udowodnić, że mimo przerwy w działaniach Behemoth nie stracił nic ze swojej niszczycielskiej siły. Nowy wokalista, znany z Anima Damnata Necrosodom, tylko dołożył do pieca, rycząc mistrzowsko w iście obleśnym, patologicznym stylu. W zasadzie w ten sposób mógłbym zakończyć, bo słuchanie pojedynczych utworów nie ma sensu – wszystko zlewa się w jeden wielki cios w żołądek. Po centralnym kopniaku „Supreme Reign of Tiamat” nadchodzą kolejne ataki wśród których wyróżniłbym gęsty, zły do szpiku kości „Behold The Satan’s Sword”, napakowany gęstymi przejściami Inferno „Holy Possession” czy rozkręcający się powoli „Harvester of Flames”. Klimatu całości dodają doskonałe sola – najlepsze znalazło się chyba w „Under the Will of the Lord”.

„Blasphemers…” to moim zdaniem szczytowe dokonanie bestialskiego,  złego i dojrzałego death metalu. Słuchając płyty wiem, że to nie wkurzone małolaty, ale faceci po przejściach, brzemienni w nie zawsze politycznie poprawne doświadczenia, źli, łaknący alkoholu i mający wszystko i wszystkich centralnie w tyle. Tu nie ma umizgiwania, próby zaszokowania umiejętnościami, jest za to chęć mordu, pochwała ciemnej strony i gnanie na oślep, ku śmierci. Co ciekawe, mimo takiego podejścia do muzyki, rzucania się i rozszarpywania dźwięków, ekipa Azarath gra na tak wysokim poziomie, że wszyscy malkontenci, zarzucający im brak smaku i muzyczne dyletanctwo jawią mi się jako debile, nie mający nic do powiedzenia.

Można nie lubić Azarath, można nie zgadzać się z ich poglądami, nie sposób jednak odmówić im talentu i jakiejś mrocznej iskry, która pcha ich ku takim dźwiękom. Jeśli chcecie choć przez moment mieć poczucie, że obcujecie z czymś zakazanym – skosztujcie „Blasphemers Malediction”…

Arek Lerch