AUSTRA – HiRUDiN (Domino/Sonic)

Katie powraca z nową porcją psychoterapeutycznych przemyśleń. Wraz ze zmianami w życiu, pochodząca z Kanady artystka przekuwa swoje trudne doświadczenia w muzykę, tworząc kolejne płyty. I tak po albumie dotyczącym polityki i tego wszystkiego co z nami robią możni tego świata, przyszedł czas na bardziej introwertyczne wjazdy, związane z osobistymi problemami autorki płyty, co tym razem przełożyło się na album nieco bardziej wyciszony, oszczędniejszy w brzmienia, choć równie intensywny (a może nawet bardziej…) wokalnie i emocjonalnie.

Gdy opracowałam ostateczną listę utworów, zdałam sobie sprawę, że piosenki głęboko odzwierciedlają to, przez co sama przeszłam. Poczucie niepewności i toksyczny związek, wyjście z niego, a następnie uzdrowieniekomentuje artystka rozterki związane z  nowym materiałem. Burza mózgu bardzo się przydała, bo nowy album, choć ustępuje miejsca najlepszej moim zdaniem płycie w wykonaniu Austra czyli „Future Politics”, jest jednocześnie inny, stanowiąc kolejny, dźwiękowy etap w życiu. Tym razem Katie opowiada nam o odnajdywaniu sił do przezwyciężania problemów oraz  wyplątywania się z toksycznych związków, tudzież odbudowie własnych wartości. W sumie to ciężkie tematy; trochę się bałem, że pociągną za sobą muzykę będącą jakimś przegadanym pamiętnikiem traum, jednak – na całe szczęście – Austra pozostaje przede wszystkim świadomym tworem muzycznym i dzięki temu jest czego słuchać. Choć oczywiście zmiany są. O ile „Future Politics” było płytą zdecydowanie taneczną i dość bogato zaaranżowaną, o tyle na „HiRUDiN” dominuje oszczędność, jeszcze bardziej uwypuklająca walory estetyczne mocnego, niemal operowego wokalu Katie. Ten jest jak zwykle ostry niczym skalpel i stanowi największą wartość tej produkcji. Co do samej muzyki, podobno Austra współpracowała z muzycznymi improwizatorami, wszystko było nagrywane dużo bardziej naturalnie itp., ale… nic takiego nie słychać, nadal obcujemy z synth popowymi, tanecznymi w dużej części wariacjami, z tym, że to muzyka taneczna do słuchania a nie ruszania tyłkiem. Całość jest nieprzegadana, krótka (31 minut, w tym dwa interludia, zatem właściwych numerów mamy 9) bez gwałtownych zwrotów akcji. W sam raz, żeby nie zamęczyć, i dać się porwać przyjemnemu, syntetycznemu pulsowi.9 - PC Virginie Khateeb - 300dpi

Myśląc o toksycznych związkach, zaczęłam czytać o pijawkach. Dowiedziałem się, że kiedy ssą twoją krew, uwalniają peptyd o nazwie hirudin, który jest najsilniejszym antykoagulantem na świecie. Tak więc, chociaż same pijawki są uważane za pasożytnicze, mają również zdolność do leczeniatak Katie tłumaczy tytuł płyty, dość dobrze odzwierciedlający jej rozterki związane z uwalnianiem się od niefajnych znajomości. Prywatnym psycho – rozkminkom towarzyszy muzyka, dość czujnie podążająca za problemami, które rozsadzają głowę szefowej. Na szczęście, jeśli nie chce się nam analizować treści, można spokojnie zapomnieć o kobiecej psychice. Nie ma na nowym materiale aż tak doskonałych hitów jak „Future Politics” czy jeszcze lepszy „I Love You More Than You Love Yourself” z poprzedniej płyty, ale gdzieś blisko sadowi się „Anywayz” z ostrym wokalem i ładnym, wpadającym w ucho refrenem, podobnie a może i lepiej działa „How Did You Know” z delikatnymi zwrotkami  świetnymi, bombastycnzymi chorusami. Te dwie piosenki są zdecydowanie singlami, za nimi idzie cała reszta. Oczywiście, jest parę snujów, czyli buszowa ballada „All i Wanted”, krótka impresja „Your Family” czy wspomniane dwa interludia. Są też ciekawostki, jak „Risk It”, synthpopowy wałek z refrenem zaśpiewanym dziwacznym, drażniącym falsetem, jednak moimi faworytami są trzy najlepiej skomponowane tematy w drugiej części płyty – rozbudowany, dobrze zaaranżowany „It’s Amazing” (ciekawe bębny pod koniec numeru), rytmiczny, trip-hopowy „Mountain Baby” z ładną, zapętloną partią fortepianu (doskonały pomysł) i nutką orientu gdzieś w tle oraz „I Am Not Waiting” – synth popowa motoryka, mocny bas, plus lekko szugejzowy wokal, czyli wszystko, czego potrzebuję od Austra.

Katie Stelmanis nie przebiła swojej poprzedniej płyty, ale rozegrała stawkę w dobrym stylu, dając nam coś nowego, być może bardziej minimalistycznego, ale cały czas godnego uwagi. Jeśli lubicie się zabawiać na siedząco, spróbujcie wniknąć w ten świat. Psycho synth pop z operowym wokalem – brzmi absurdalnie, ale „HiRUDiN” pokazuje, że ma to, paradoksalnie, sens.

Arek Lerch 

Cztery i pół