AT THE GATES – To Drink from the Night Itself (Century Media)

Kochacie metal? Ostre granie to dla Was chleb powszedni, a zamiast “dzień dobry” z Waszych ust pada gromkie “Slayer kur**”? Bracia i siostry w klimacie! Doskonale trafiliście, bowiem dziś macie okazję poznać nowe dzieło zespołu, który na metalu zjadł zęby i przy okazji stał się jednym z najczęściej naśladowanych zespołów w historii gatunku.

Historia At The Gates pełna jest zakrętów, zwrotów akcji i wyboistych ścieżek, z których zespół wychodzi jak na razie obronną ręką dzielnie niosąc kaganek metalowej oświaty przez smutny i szary świat. Prawdę mówiąc, przed przesłuchaniem „To Drink from the Night Itself” dopadła mnie bluźniercza myśl, – komu właściwie potrzebny jest dziś ten zespół? Muzykom z pewnością, w końcu trzeba jakoś zarobić na chleb i masło. Ale czy na pewno współczesne oblicze tak ikonicznego dla metalu ansamblu ma szansę wywołać szybsze bicie metalowego serca? Moim zdaniem, niewielką. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem uprzedzony. Po prostu uważam, że ATG swoje już zwojował. W końcu zespół ten prawie wymyślił melodyjny death metal i być może nieświadomie stał się jedną z głównych inspiracji dla powstania metalcore’a. To naprawdę bardzo dużo, ale jeśli mam być szczery to nic nie wkurza mnie bardziej niż starzy wyjadacze nagrywający płyty, które są niczym więcej niż odcinaniem kuponów, a nowy album At The Gates to niemal klasyczny przykład bezpiecznej muzyki nagranej z myślą o starych fanach.

“To Drink from the Night Itself” to materiał przeciętny. Nie tylko w dyskografii zespołu, ale w kontekście sceny również. Już bardziej podobał mi się niewybitny przecież debiut mocno połączonego personalnie The Lurking Fear. Jeśli odnotowaliście „Out of the Voiceless Grave”, bez smutku możecie odpuścić sobie “To Drink from the Night Itself”. Nie odkryję wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że ekipa tworząca At The Gates w mniej lub bardziej pobocznych projektach zasadniczo nie odbiega wiele od tego, na czym znają się najlepiej, czyli melodyjnego death metalu.ATG

Rozpisałem się trochę o marginesach, a przecież trzeba się zmierzyć z treścią. Zawartość “To Drink from the Night Itself” to przeciętnie melodyjny, przeciętnie „przebojowy”, zawierający przeciętnie dobre riffy materiał, o którym można zapomnieć już następnego dnia po odsłuchu. Owszem, fajnie buja kawałek tytułowy czy kolejny singiel w postaci „Daggers of the Black Haze”, ale poza kilkoma błyskami album wypełnia muzyka w gruncie rzeczy dość nijaka. Jestem pewien, że At The Gates opanowali swój styl do perfekcji i są w stanie napisać jeszcze setki nudnych kawałków w swoim stylu, przy których mniej wymagający fani będą tupać nóżką i mlaskać pomiędzy kolejnymi łykami piwka z charakterem, ale jeśli ktoś szuka w muzyce czegoś więcej, nie nabierze się substytut. Niestety, ale prawda jest taka, że naprawdę ciekawe rzeczy to zespół nagrywał w latach 90-tych, później coverował już sam siebie.

Jeśli kochacie metal to jest to album dla Was. Jeśli szukacie w muzyce czegoś więcej niż posmaku taniego piwa, nie traćcie czasu na kolejną, do bólu przewidywalną i „fajną” płytę.

Wiesław Czajkowski

Trzy