ARRM – s/t (Instant Classic)

Niemal wszystko co wydaje Instant Classic łykam bez popitki. Każda z tegorocznych premier wniosła coś ciekawego na nasze rodzime muzyczne podwórko i nie inaczej jest z debiutanckim krążkiem ARRM. Muzyka do medytacji i narkotyzacji. 50 minut ciężkiego, mrocznego transu spowitego chmurą dymu…

Za ARRM odpowiedzialni są dwaj muzycy THAW (Artur Rumiński i Maciej Śmigrodzki), a także Rafał Miciński oraz Michał Leks. Wyobrażam sobie, że gdyby z THAW odjąć black metal i pozostawić tylko te spokojniejsze, bardziej przestrzenne momenty, brzmiałoby to mniej więcej tak, jak na tej płycie. Wszystko tutaj dzieje się bardzo powoli. Kompozycje są ascetyczne, opierają się zazwyczaj na jednym, powtarzanym jak mantra gitarowym motywie. Mogło z tego wyjść coś absolutnie nieciekawego, jest przecież masa kapel, które operując takimi zapętlonymi frazami potwornie nudzi i popada w banał, przez co po 30 sekundach obcowania z ich muzyką zaczynam analizować fakturę sufitu pomieszczenia, w którym się akurat znajduję, albo zasypiam. Tutaj jest inaczej. To znaczy atmosfera rzeczywiście jest senna, ale przypomina raczej letarg, przyjemny stan. Być może dzięki klawiszom, które budują napięcie i malują tło, na którym muzycy rysują dźwiękowe smugi – najczęściej charakterystyczną, rozedrganą gitarą na delayu. Mamy też trochę dronów („KWKSC”) i bardziej rozbudowaną kompozycję („Horseback”). Naprawdę, nie jest monotonnie.copyright-maciej-mutwil

To rozedrgane brzmienie gitary, o którym wspominałem, lubię odkąd dawno, dawno temu usłyszałem kawałek Josha Homme’a skomponowany na potrzeby jednego z odcinków „No Reservations” Anthony Bourdaina, w którym to Ginger Elvis oprowadzał kucharza po pustyni. Przywoływałem go już w kontekście utworu „Novocaine Blues” z nowej płyty Burninghole, przywołuję go i teraz. Bardzo mi było przykro, że „Desert Roll” trwał jedynie 3 minuty, już po pierwszym odsłuchu czułem niedosyt – a na „ARRM” mam prawie godzinę takich klimatów.

Szukam dziury w całym, ale nie znajduję. Nie jest to spektakularny ani efektowny album. Raczej taki, którego trzeba słuchać w spokoju i chłonąć jego atmosferę. Zresztą, nie inaczej jest w przypadku znakomitej większości krążków wydawanych przez Instant Classic. ARRM to może i nie jest półka Innercity Ensamble czy Lotto, ale i tak ścisła czołówka.

Paweł Drabarek

Zdjęcie: Maciej Mutwil

Pięć