ARRM – II (Instant Classic)

Okładka jak z powieści Lema, muzyka jak kosmiczna odyseja. Tyle, że nie jesteśmy w kosmosie a raczej na jakimś stepie, gdzie wieje wiatr. Ok, dość kwiecistych porównań, bo oto postanowiliśmy sklecić kilka wniosków, spóźnionych, ale szczerych, na temat space sensacji. Nowa, druga płyta ARRM na tapecie.

Tegoroczna oferta Instant, czołowej przystani wszystkich poszukujących, zdradza nieco inne podejście zespołów do tkania muzycznych opowieści (że o Alamedzie 5 wspomnę), choć akurat ARRM nadal pozostaje w swoim świecie. Czyli dostajemy do ręki kompletny zestaw długich, nasączonych ambientowymi szumami, wolno rozwijających się gawęd z mchu i paproci a raczej konopi indyjskich, bo odpowiednia stymulacja zwojów mózgowych jest potrzebna, by odlecieć w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie wiem, czy fakt obecności w zespole pana Artura Rumińskiego powoduje wszystkie zachwyty ze strony tzw. metalowców, czy może to wrażliwość długowłosych wzrosła w ostatnich latach. Jeśli to się nie zmieni, ARRM nadal wywoływał będzie zachwyt, a nowa płyta jeszcze go wzmocni.ARRM

Pozostaje pytanie, co takiego fascynującego czy innowacyjnego jest w tych snujach? Być może chodzi o stworzenie własnej wrażliwości i kodu do obsługi długich podróży? Faktycznie, jeśli chodzi o brzmienia i sposób ich eksponowania, ARRM na pewni ma własny, niepowtarzalny język, budowany przez doskonale spreparowane, elektroniczne płaszczyzny, ma indywidualną manierę grania takich pozornie nudnych, ale wciągających tripów. I co ciekawe, nie ma to w zasadzie jakiegoś przewodniego instrumentu. Każdy członek zespołu gra stosunkowo oszczędnie, jakby chciał się schować za pozostałych, nawet w tych mocniejszych fragmentach każdy z muzyków trzyma dystans, dorzucając do opowieści dokładnie wymierzone dawki dźwięków. Może dlatego wszystko razem brzmi tak stabilnie i zachowuje idealną równowagę? Może nawet zbyt idealna, bo czasami chciałoby się usłyszeć jakiś większy dysonans. Oczywiście, to tylko mój osąd sytuacji. „II” to album kompletny, rozpinający swoją historię między niemal post rockowym transem („Be Present”, „Sinking in Depression”), tajemniczymi orientalizmami („Birth” – moja ulubiona kompozycja) i kosmicznymi odlotami („City Forest”). Choć w zasadzie całość jest wystrzelona na jakąś tajemniczą orbitę. Bardzo dobra rzecz.

Arek Lerch

Pięć