ARCTIC MONKEYS – Tranquility Base Hotel & Casino (Domino/Sonic)

Arctic Monkeys są już na takim etapie, że mogą wszystko. Nawet tragiczna, nudna, bezpłciowa i nagrana pod publiczkę płyta nie zachwiałaby ich pozycją na muzycznym rynku. Wszyscy taki album uznaliby za wpadkę, a za kilka lat w wywiadach Turner wspominałby ją jako wypadek przy pracy, tudzież krążek, który musieli nagrać, po to by – i tutaj można wstawić dowolne bla, bla, bla. „Tranquility Base Hotel & Casino” wpadką nie jest, ale zwrot jakiego panowie dokonali, był bardzo odważny. Po 5 latach czekania za nowym albumem dostajemy muzykę, do której… cóż, musimy się chwilę przyzwyczaić.

W końcu AM byli do tej pory istną fabryką indie rockowych hitów od sasa do lasa – i rockerów, i pościelówek, i numerów do potańczenia; no i byli zespołem rockowym, po prostu. Takim, który wychodzi jako główna gwiazda na wielkim festiwalu i robi głośne show. To się oczywiście nie zmieni, ale nowy krążek zupełnie nie pasuje do wykreowanego wcześniej wizerunku. No więc mówi się, sam to piszę, że ten zwrot w bardziej stonowanym kierunku to odważny ruch – i niewątpliwie taki właśnie jest – ale z drugiej strony: cóż innego Turner i spółka mogli zrobić? Nagrywając „AM” doszli do ściany – nie mogli w podobnej stylistyce nagrać albumu lepszego, ani nawet równie dobrego; również sukces komercyjny tamtego krążka wydaje się trudny do powtórzenia. Dążyli do tego od lat – i „Humbug”, i „Suck It And See” zmierzały w tym kierunku, ale wciąż czegoś tam brakowało – w „AM” nie brakowało już niczego, dlatego musieli zrobić coś nowego, świeżego. Zwrot na „Tranquility Base Hotel & Casino” to bardzo logiczne i jedyne sensowne posunięcie.

Nie zgadzam się z pojawiającymi się wszędzie głosami, że to nie jest przebojowy album. On nie jest energiczny, ale przebojowy jak najbardziej. Przyznam, że większość numerów zapadła mi w pamięć już od pierwszego przesłuchania – już od pierwszych taktów „Four Out Of Five” wiedziałem, że nierzadko będę ten utwór pod nosem nucił. Ok, może to i kwestia szeroko rozumianego „set & setting” – to na pewno ma znaczenie, ale przecież Małpy nie skręciły na „Tranquility Base & Hotel” w żadne ambienty czy nojzy; ot, troszkę sobie spoważnieli. Nadal piszą ładne piosenki, tyle że wolniejsze. Ten album nawet nie jest jakoś specjalnie melancholijny, chociaż w warstwie tekstowej nieco pesymistyczny i sarkastyczny.397816-d3_03_-_pc_zackery_michael_-_300dpi

Nad wszystkim unosi się duch Davida Bowiego, nie sposób tego nie usłyszeć – takie „Golden Trunks” to niemal hołd złożony mr. Jonesowi, szczególnie z okresu „Aladdin Sane”, a „The Ultracheese” jest łudząco podobne do „Five Years”. Cóż, Bowie również lubił podglądać innych artystów. A „Tranquility…”, z tym swoim dystyngowanym stylem, na pewno Bowiemu by się spodobał. Ja natomiast chciałbym już przenieść się o 5 lat do przodu. Naprawdę ciekaw jestem jak się dalej kariera Arctic Monkeys rozwinie. Może „Tranquility” to już ich ostatnia płyta, a Turner zacznie karierę solową? A może znów wróci im młodzieńcza energia i wrócą do korzeni, czyt. szybkich, energicznych kawałków w stylu „I Bet You Look Good On The Dancefloor”? Jak mawiał bramkarz Pawłowski – we will say what time will tell. Pewnie jeszcze nieraz nas czymś zaskoczą.

Paweł Drabarek

Cztery i pół