ARCHSPIRE – All Shall Align (Trendkill Recordings)

Nie udało mi się zapoznać  z  twórczością Archspire podczas koncertu w warszawskiej Progresji, dlatego postanowiłem nadrobić  zaległości, zaopatrując się w wydany niedawno krążek Kanadyjczyków. Na własną potrzebę ukułem w stosunku do ich muzyki określenie „szwajcarski death metal”.


Co to za dziwoląg? Kanadyjski zespół grający szwajcarski death!? Coś w tej Kanadzie jest, bo przecież i Cryptopsy , Staring Janet Leigh i Neuraxis hałasują już od dawna a jakby tego było mało, jeszcze Archspire… Muzyka w wykonaniu tej kapeli jest tak paranoicznie precyzyjna, tak odhumanizowana w swojej dokładności, że pewnie niejeden niedowiarek zakłada, iż zamiast instrumentów grają komputery. Cóż, ja jestem łatwowierny, więc naiwnie mniemam, że chłopaki tak właśnie przebierają nogami i łapami. Choć drugiej strony, nie powiem, że płyta ta zdobędzie u mnie miejsce w ścisłej czołówce…

Pierwsze kawałki spowodowały, że miałem ochotę wrzucić „All Shall Align” do działu „album tygodnia”. Takie numery jak ”Archspire” czy „Ascendance to the Summoning” to przykład bezlitosnego i ekstremalnego  nawalania na fundamentach death/grind metalu. Aranżacyjna ekwilibrystyka robi piorunujące wrażenie. Ciągłe łamanie taktów, niespodziewane akcenty, niesamowite unisona (gitarzysta nie jest normalnym człowiekiem…) i szwajcarska – właśnie!! – precyzja stawiają zespół w pierwszym szeregu metalowych wymiataczy. Każdy z sześciu numerów miażdży i powoduje, że zaczynam nerwowo kręcić z niedowierzaniem głową. Problem w tym, że zespół w całym, nieszablonowym podejściu do technicznego metalu wykorzystuje pewne schematy, które powodują, paradoksalnie, że  już w trzecim czy czwartym kawałku, dość jednorodne, równo obdzielone finezyjnymi sztuczkami aranżacje zaczynają lekko… nużyć. Może właśnie dlatego największym zaskoczeniem jest tu ostatni, tytułowy – siódmy – utwór, który jest niczym innym, jak pełnym rozmachu… symfonicznym black metalem.

Mam problem z tą płytą. Z jednej strony uderza w mój czuły punkt, łechcąc rozwiązaniami rodem z muzycznej akademii, z drugiej w dziwny sposób „zamula”. Kanadyjczycy skupiają się na wydobyciu z muzyki głównie technicznego, nieludzkiego aspektu i wychodzi im to świetnie, jednak w dużej dawce obnażona zostaje pewna, niepokojąca monotonia ich poczynań. Cóż, zawsze bardziej wolałem literaturę od matematyki… Płytę polecam głównie miłośnikom niesamowitego, technicznego, ale jednak onanizmu. Ale ten ostatni nie jest przecież niczym złym…

Arek Lerch 4