AOSOTH – V: The Inside Scriptures (Agonia)

Lubię płyty takie, jak ta. Pozornie wydają się chaotyczne, nawet trudne, tak naprawdę zaś to krążki bezpośrednie, stosunkowo proste i chwytliwe, oparte na dobrze znanych sztuczkach. Ci, którzy znają poprzednie płyty Aosoth, mogą być co prawda nieco zaskoczeni, ale z drugiej strony francuski zespół wyrobił sobie na tyle charakterystyczny styl, że nawet jego drobne korekty nie prowadzą do zatracenia tego, co najważniejsze – jakości. A „V: The Inside Scriptures” bez wątpienia znak jakości posiada.

W pewnym sensie najnowszy album Francuzów to płyta podobna do „IV: An Arrow In Heart”, przede wszystkim za sprawą podobnych, równie dysharmonicznych i pełnych dysonansu partii gitar. Nieco zmieniła się jednak ogólna atmosfera muzyki – wcześniej jednoznacznie mroczna, nieco cięższa, jakby bardziej poważna. „The Inside Scriptures” jawi mi się nieco inaczej. Nie chcę napisać, że to krążek mniej poważny, ale o ile wcześniej diabeł malowany przez Aosoth był straszny przez swoją powagę i majestat, tak teraz przeraża bardziej swoim szaleństwem. Muzyka francuskiej grupy utraciła jakby część swojej elegancji i dumy na rzecz pewnego brudu i obskurności – co słychać zwłaszcza w trzeszczącej produkcji – aczkolwiek wciąż potrafi przygnieść jednoznaczną podniosłością. Już pierwszy z brzegu „A Heart To Judge” pokazuje to dość dobitnie, przełamując wspomnianą epickość zgrzytliwym riffem i prostym tempem. Podobnie jest w „Premises of Miracles”, zaś w „Her Feet Upon the Earth, Blooming the Fruits of Blood” muzycy uciekają się do niezwykle chwytliwego, żeby nie powiedzieć przebojowego riffowania. Generalnie cała płyta jest mniej więcej właśnie taka – lawirująca między podniosłą i mroczną atmosferą a klimatem z subtelnie puszczonym oczkiem. Nawet jeśli to „poważniejsze” oblicze Aosoth znane z poprzedniej płyty pasowało mi jakby nieco bardziej – być może ze względu na większą oczywistość – tak i zgrzytająca, jakby nieco nierówna „V” to nadal najwyższa klasa rozgrywkowa.a

Lubię płyty takie, jak ta. Nie są przesadnie oryginalne, a wręcz przeciwnie, raczej mielą to, co najlepsze u starszych kolegów, ale przy tym noszą wyraźne znamiona własnego stylu. Nie są efekciarskie, próbują imponować raczej znanymi sztuczkami, ale przy tym także sztuczkami lubianymi. Najbardziej jednak cenię Aosoth za to, że pomimo chęci riffowania pod Deathspell Omega, nie tracą właściwie nawet na moment chwytliwości. „V: The Inside Scirptures”, nawet jeśli mniej „przebojowa” od poprzedniczki, nadal jest bardziej albumem do machania głową niż do rozkminy. No dobra, może fifty-fifty. To jednak wciąż lepiej niż w przypadku większości zespołów mających aspiracje do „poszukiwań”. I ja to naprawdę szanuję.

Michał Fryga

Cztery i pół