ANTIGAMA – Depressant (Selfmadegod)

Antigama nie zwalnia tempa. Jeszcze pamiętamy o „The Insolent” a tu kolejna przesyłka od tej kolorowej załogi. Tym razem tylko mini album, ale napakowany testosteronem jak kasza skwarkami. Zazwyczaj ep-ki i splity były dla tego zespołu polem eksperymentów, jednak aktualne oblicze Antigamy nastawione jest na maksymalny, okrutny, żeby nie bluzgać – wyziew.

Napisałem niedawno do Hałaśliwego Magazynu recenzję płyty „Zeroland”. Przywołuję ten materiał z dwóch powodów. Po pierwsze – i tu cecha  wspólna z „Depressant” – świetna, kolorowa i przykuwająca uwagę okładka. Tak jak podoba mi się kower wspomnianej płyty, tak opakowanie nowego materiału jest po prostu świetne. Po drugie – bo w zestawieniu z „Depressant” pokazuje, jak długą i awanturniczą drogę przeszedł ten zespół. I choć raczej zdania nie zmienię, uważając, że pierwsza część życia Antigamy to niekończące się pasmo eksperymentów i wyginania tkanki aranżacyjnej na różne, często wręcz wulgarne sposoby, tak obecne oblicze tej ekipy to rasowy, do bólu agresywny i prujący do przodu, death/grindowy majstersztyk, który – jako zwykłemu słuchaczowi – chyba bardziej mi pasuje. Bo nawet jeśli aranże prostsze, to i tak riffy Sebastiana swoją pojebaną nierozszyfrowywalnością powodują, że muzyka jest raczej słabo strawna dla  miłośników stuffu z list przebojów. Za to nie ulega wątpliwości, że po latach szarpania się z biznesem, wszyscy zgodnie ciągną wóz w jedną stronę, nie zważając na wyboje. Dlatego nie ma się co dziwić, że i nowa ep-ka jest kompletna i słychać, że w zespole panuje perfekcyjna równowaga.  Anti

Kawałki zaludniające „Depressant” to esencja współczesnej (liczymy nowożytność od „Stop the Chaos”…) Antigamy. Napędzana perfekcyjnymi blastami Pavulona, galopująca do przodu nawałnica, nieco szybsza i bardziej wnerwiona niż „The Insolent”. Troszkę przystępniejsza w temacie transparentności riff-bazy, co i rusz atakująca charakterystycznymi, granymi w wysokich rejestrach „schizami”, odpowiednio zaprawiona świetnymi samplami masa dźwiękowa, zwalnia na moment jedynie w muskularnym walcu tytułowym – najpierw dostajemy rasowego drona, który po niespełna dwóch minutach płynnie przechodzi w lekko industrialny w  klimacie, alternatywny w treści soundtrack do pogrzanego filmu grozy. Świetnie wrażenie robią oszalały „Now” i ładnie rozbudowany, mieszający różne tempa „Division of Lonely Crows”. Reszta, z naciskiem na „Anchors” to po prostu rasowe, antigamowe bangery koncertowe. Przyznam się, że po lekkim zachwianiu wiary w Antigamę, spowodowanym płytą „The Insolent” (pomimo zachwytów tzw. branży, jakoś ten materiał, szczególnie w zestawieniu z „Meteorem”, mnie do końca nie przekonał…), znowu widzę, że są na właściwym kursie. Wprawdzie sposób grania nie przysporzy im tłumów i zawsze pozostaną podziemnym, samobójczym komandem, jednak miejsce w historii muzyki mają zapewnione. Płytka bez słabych punktów.

Arek Lerch

Sześć