ANTARKTIS – Ildlaante (Agonia)

Skoro wciąż powstają takie zespoły, jak Antarktis, to najwidoczniej ludzie nadal chcą słuchać klonów Cult Of Luna. I choć mam się za człowieka raczej otwartego, tak tego zrozumieć jednak nie potrafię.

„Ildlaante” bynajmniej nie jest płytą złą. Debiut szwedzkiego zespołu brzmi doprawdy doskonale – niezwykle potężnie i klarownie, słychać, że chłopaki potrafią zaakcentować swoje atuty. Mimo to, debiut Antarktis to płyta jakich wiele, nie grzesząca przesadną oryginalnością i bazująca na ogranych do bólu patentach. Być może zarzut kopiowania Cult Of Luna, o którym piszę na samym początku, jest nieco na wyrost, niemniej nawiązania do bardziej znanych kolegów są aż nazbyt oczywiste. Antarktis nie ucieka co prawda zbyt często w kierunku post-rocka (ale jednak ucieka, no bo jakże), niemniej trzeba chyba być głuchym, by nie wychwycić znacznego stylistycznego podobieństwa. Kurczę, przecież nawet w utworze tytułowym, chłopaki z Antarktis serwują riffy, które spokojnie mogłyby się znaleźć właściwie na dowolnym albumie Cult Of LunaA band

Mimo to „Ildlaante” w zasadzie nie nudzi. Panowie potrafią zagrać z odpowiednią werwą („Notes From Underground”), dać odpowiednią przestrzeń gitarom („Svalbard”), zabawić się elektroniką („Cape Meteor Pt I”), a także dość zgrabnie zmieniać nastrój kompozycji („Ildlaante”). Nieco nuży monotonia partii wokalnych, ale z drugiej strony nie są one też szczególnym problem – ot, gatunkowa średnia. Zresztą, co tu dużo mówić, na debiucie Antarktis wszystko utrzymane jest w gatunkowej średniej. Płyta nie wyróżnia się NICZYM, ani na plus, ani na minus. Prawdę mówiąc, nie bardzo mam pomysł, co więcej mógłbym o tym krążku napisać – po prostu jest. Przesłuchasz go i za dwa tygodnie nie będziesz o nim pamiętać, bo nawet jeśli lubisz tego typu dźwięki, to chętniej sięgniesz po „Somewhere Along The Highway” czy inne „Salvation”. Jednak – z całym szacunkiem dla Antarktis – są to płyty lepsze.

Krótko mówiąc, trzeba być naprawdę zatwardziałym fanem, typowem die hardem post-metalu, by obcować z „Ildlaante” nieco dłużej. Jak widać, skoro jest popyt, musi być i podaż. A sam album, tak naprawdę, jest zbyt bezpieczny i poprawny, by zaprzątać sobie nim głowę.

Michał Fryga

Trzy