ANNA CALVI – Hunter (Domino/Sonic)

Gdzieś obok kolega Drabarek opowiada, jak podoba mu się nowe wcielenie Flrence Welsch, z tym całym introwertycznym wyciszeniem muzyki, zatem dorzucam do puli kolejną panią. Anna Calvi, młoda angielska wokalistka, wrzuca na stół swoją trzecią płytę długogrającą i w tym przypadku nie ma mowy o minimalizmie – jest głośno, hałaśliwie i bardzo szczerze. Za sprawą „Hunter” Anna wkrada się w świat najważniejszych, żeńskich głosów ostatnich lat. Głównie dlatego, że można jej płytę odbierać w dwojaki sposób – jako manifest osobowościowy z jednej strony albo po prostu ciekawy muzycznie koktajl sumujący to co w popie i szczególnie alternatywie wydarzyło się w ostatnich dwudziestu latach. Z każdej strony jest ciekawie.

Podobno to kobiety rządzą światem. Nie wiem, czy pani Calvi nie jest za młoda (rocznik 80.) by wywierać wpływ na myślenie innych, ale jest na najlepszej drodze by tego dokonać. Jeśli odbije się z pułapu osiągniętego na „Hunter”, może być ciekawie. Już tak, w zasadzie, jest. Wspomniany manifest osobowościowy dotyczy po raz kolejny szczerego wywalenia na wierzch wszystkich swoich frustracji. Anna nie ukrywa, że duże znaczenie miało rozstanie z partnerką, potem była radykalna przeprowadzka z Londynu do Strasburga i to wszystko stało się fundamentem tekstowych rozkminek. Cały czas czegoś poszukuję – pragnę doświadczenia, intymności, seksualnej wolności. Chcę siły, chcę czuć się chroniona i pragnę znaleźć coś pięknego w całym tym chaosie – komentuje artystka – chcę być wolna od opowieści, której każda z płci jest poddana, wolna od niepokoju, jak ludzie mnie osądzą, za to co chcę zrobić z moim ciałem i mną. Dla mnie to dość utopijna wizja. Anna zastanawia się nad płciową tożsamością, wolnością jednostki w świecie złożonym ze społecznych klisz i takie problemy dominują na „Hunterze“. Jeśli jednak nie macie ochoty na próby zrozumienia dylematów targających życiem pani Calvi, spokojnie możecie skupić się na muzyce, bo ta może funkcjonować niezależnie od wkładu lirycznego, choć niewątpliwie świetnie z nim koresponduje. Głównie ze względu na intensywność płyty, która poprockową alternatywę podnosi do poziomu niepokojącej sztuki. A C Credit Maisie Cousins

„Hunter“ muzycznie rozpina się w kilku kierunkach. Czasami odzywa się w Annie popowa diva i otrzymujemy radiowe hity w stylu „Indies or Paradise“ i zwiewnego, trochę podniosłego „Swimming Pool“, czasami podąża ścieżką mrocznych bardów w stylu mocno cave’oweskiej (co ciekawe, na płycie wśród gości wyłowimy Martyna Casey’a z The Bad Seeds…), niebanalnie zaaranżowanej kompozycji „Alpha”. Potrafi wpaść w lekki trans za sprawą utworu tytułowego, ale też wojowniczo szarpnąć, komponując protest song „Don’t Beat The Girl Out Of My Boy“, gdzie pokazuje niemałe możliwości swojego głosu. Poszukiwanie najlepszych rozwiązań muzycznych i eksperymenty aranżacyjne stanowią najjaśniejszy punkt płyty, bo w każdym momencie słychać, że Anna Calvi ani przez moment nie kalkuluje i nie chce grać pod publiczkę. Wybiera raczej mniej uczęszczane szlaki, idzie pod prąd, łącząc pozornie nieprzystające światy jak np.  w „Wish” (indie przełamane niemal operową wstawką) i świetnie radzi sobie z elektroniką. Jedynie pod koniec płyty łagodnieje, serwując spokojne, bliższe songwritingu piosenki „Away” i „Eden”. Warto zwrócić uwagę na niebanalne podejście Anny Calvi do gry na gitarze, bo partie tego instrumentu są tu znaczącą jakością dodaną. „Hunter” udowadnia, że artystka podczas prac nad muzyką znakomicie się bawiła, próbując swoje fascynacje innymi wykonawcami przekuć na własny styl. Czy to się udało? W zasadzie tak, bo choć te drogowskazy bez trudu można wyłowić, brzmią na tyle indywidualnie, by uznać, że to jej własne dzieło. Własne, czyli organicznie związane z właścicielką i jej problemami psychicznymi.

Pamiętnik osoby niedostosowanej, szukającej właściwego miejsca w życiu? Może tak. Doskonała, emocjonalna i wciągająca muzyka? Jak najbardziej. Mały minus za taką sobie okładkę.

Arek Lerch 

Pięć