ANITA LIPNICKA&THE HATS – Miód i dym (Pomaton)

Długa i kręta jest ścieżka kariery Anity Lipnickiej. Kręta, ale jednocześnie dająca jasną odpowiedź, że talent zawsze wypłynie na wierzch, niezależnie od życiowych uwarunkowań. Nie ma znaczenia, czy mówimy o przaśnych w sumie czasach Varius Manx, pierwszych samodzielnych krokach, kolaboracji z byłym już życiowym partnerem Johnem Porterem, czy ostatnich płytach nagrywanych pod własnym nazwiskiem, zawsze słychać, że ma kobieta świetny głos i intrygującą osobowość.

Anita przypadła mi do gustu za sprawą krążków nagranych ze wspomnianym Porterem, bo wtedy najbardziej zbliżyli się do ciężkiej, cave’owskiej ballady, pięknie łącząc swoje talenty z uczuciami, co szczególnie fajnie rezonowało na pierwszym, wspólnym dziele. Z zainteresowaniem śledziłem dalsze losy Lipnickiej i dzisiaj próbuję zrozumieć nową płytę, która powstała przy udziale kompletnego zespołu The Hats a nie skleconej na potrzeby nagrań studyjnej trupy. To słychać. Choć oczywiście wątpię, że skład długo się utrzyma, to jednak na płycie pokazali się z jak najlepszej strony. I od razu ostrzeżenie – nie ma tu niczego nowego i oryginalnego, ot, efektowne eksplorowanie amerykańskiej tradycji, obdzieranie jej z niepotrzebnej wiochy i podlanie zmysłowym popem. Muzykę Lipnickiej od innych produkcji środka  odróżnia naturalizm brzmienia, świetne, oszczędne, ale smakowite instrumentacje i jedyny w swoim rodzaju głos – Anicie w gruncie rzeczy uwierzyć jest bardzo łatwo.Anita Lipnicka

Wchodząc w szczegóły  – na płycie znajdziemy wszystko to, z czego Anita jest znana – od eterycznych ballad przy akompaniamencie gitary akustycznej, po w pełni zinstrumentowane, rockowe piosenki. Ukłon należy się panom z The Hats, bo mając formalnie duże umiejętności, zagrali z wyczuciem, dyskretnie podkreślając kompozycje. Zero szpanerstwa, żadnych niepotrzebnych solówek, bardzo współczesne aranże. Co wypada najlepiej? Te bardziej rytmiczne, zaśpiewane po polsku utwory; trzeba przyznać, że w tych momentach Lipnicka jest najciekawsza i przykuwa uwagę. Szkoda, że nie zdecydowała się na całkowicie polskojęzyczny krążek, co nie znaczy, że zaśpiewane po angielsku piosenki są złe, chodzi raczej o to, że najlepszy jest tu ten swojski klimat, luz i snutno-urokliwe opowieści Anity. Stylistycznie mamy tu fajny misz – masz – od folku, przez delikatne country, gospel po indie rockowe smutasy. Jest Cohen, szczypta Buckley’a czy Cave a wszystko przyjemnie rozmarzone i naznaczone osobowością Anity. Niby nic nowego, raczej retro, ale bardzo dojrzałe granie, pokazujące, jak pięknie pani Lipnicka prowadzi swoją karierę. „Miód i dym” to bodajże najlepsza pozycja artystki od czasu „Nieprzyzwoitych piosenek”.

Arek Lerch

Cztery i pół