AMENRA – Mass VI (Neurot Recordings)

„Mass VI” to niewątpliwie jedna z najważniejszych tegorocznych premier na post-metalowej scenie. Tak jak sam zespół, również i ich najnowsze dzieło budzi raczej mieszane uczucia – jedni zarzucają Belgom, że grają nudno, przewidywalnie i w sumie w kółko to samo, drudzy zachwycają się ekspresyjnością i stojącą za tymi dźwiękami tajemnicą. I chociaż w poniższej rozmowie brali udział szalikowcy Amenra, próbowaliśmy spojrzeć na „Mass VI” tak szeroko i obiektywnie, jak tylko pozwalał nam na to zachwyt nad najnowszym dziełem zespołu. Zachwyt? Może to zbyt duże słowo, niemniej nie da się ukryć, że najnowszy krążek Amenra nie pozostawił nas obojętnych. 

A: Pozwól, że zacznę nieco przewrotnie, nawiązując do małej, facebookowej wymiany zdań, jaką miałem ostatnio okazję czytać. Amenra – rzemieślnicy czy wizjonerzy?

M: Osobiście nie klasyfikowałbym ich ani w jednej, ani w drugiej kategorii. Z pewnością nie są wizjonerami w klasycznym rozumieniu tego słowa – raczej żadna ich płyta nie była jakoś szczególnie przełomowa. Znaleźli swoją niszę, czują się w niej bardzo komfortowo i rzeźbią raczej w konkretnym materiale, nie dorzucając wiele nowych elementów. Na uwagę jednak zasługuje fakt, że mimo to wyrobili sobie bardzo charakterystyczne brzmienie – mówię tu zwłaszcza o tegorocznym albumie i „Mass V”. Grają surowo, minimalistycznie, bardzo mrocznie i sugestywnie, dużą robotę odwala też niezwykle ekspresyjny van Eeckhout. Czuć w ich muzyce pasję, czuć olbrzymie zaangażowanie. To z pewnością odróżnia ich od typowych rzemieślników, jakimi ostatnio stali się np. Cult of Luna. Nie są przy tym – i prawdopodobnie nigdy nie będą – wizjonerami na miarę takiego Neurosis, ale nie można im odmówić że to ścisła czołówka tego typu grania na świecie.

A: Mimo wszystko, mam wrażenie, że takie rozważania nie są zupełnie bezzasadne. Nie chodzi nawet o mus przyporządkowania ich do jednej czy drugiej szufladki, bo ja takiej potrzeby nie odczuwam. Rzecz w tym, że chociaż – jak mówisz – żadnej płyty z ich katalogu nie można nazwać rewolucyjną, cieszą się estymą przynależną tworom naprawdę nieprzeciętnym. Nie wiem, może to cała ta otoczka związana z Church of Ra, poczucie jakiejś tajemnicy, która tak bardzo odbiorców przyciąga. Też odnoszę wrażenia, że faktycznymi wizjonerami już nie zostaną. Nie widzę ich odkrywających siebie na nowo. Co nie przeszkadza Amenra nagrywać płyt, którym daleko do zjadania własnego ogona. Płyt dobrych, bo „Mass VI” to rzecz więcej, niż solidna…church...

M: Bardzo dobrze, że poruszyłeś wątek Church of Ra, bo cały ten kolektyw jest bardzo intrygujący. Warto podkreślić, że to przede wszystkim kolektyw artystyczny, zatem z założenia skupiający ludzi podobnie myślących o sztuce. Czy oprócz tego stoi za tym jakaś większa ideologia? Sądzę, że raczej podobne postrzeganie i odczuwanie pewnych rzeczy, zaś reszta została nieco dorobiona przez słuchaczy. Okej, może operowanie na symbolach religijnych i tak dalej też robi swoje, ale odnoszę wrażenie, że więcej w tym wszystkim doszukiwania się drugiego dna niż jego faktycznego istnienia. W każdym razie – póki poziom płyt Oathbreaker, Amenra, Throane czy The Black Heart Rebellion będzie tak wysoki, jak do tej pory, w ogóle mi to nie przeszkadza. Krótko mówiąc ostatnie płyty tych zespołów/projektów nie tracą nic a nic, gdyby je pozbawić otoczki Church of Ra.

A: Nie ma wątpliwości, że broni się sama muzyka wymienionych nazw. Tajemnica i fakt, że ludzie dopowiadają sobie sprawy, które sami chcieliby widzieć, biorą się z tej niezwykłej enigmatyczności. Bo artyści, pytani o sprawy związane z kolektywem, swoimi odpowiedziami dodają tylko kolejnych znaków zapytania. Takie ich prawo. No dobrze – a czysto muzycznie, czy widzisz coś, co łączyłoby wszystkie te zespoły?

M: Są pewne punkty styczne. Na pewno jednym z nich jest fantastyczna ekspresja – to muzyka wyzwolona, dzika, na swój sposób pierwotna. Być może każdy z tych zespołów operuje nieco innymi środkami wyrazu, ale w pewnym sensie obracają się one także w grupie podobnych emocji. To, że np. Throane przedstawia je w zupełnie inny sposób niż TBHR działa tylko na korzyść kolektywu, dodaje mu kolorytu. Jakby jednak nie patrzeć, w muzyce każdego z wymienionych projektów dominują tęsknota, zagubienie, poczucie wyobcowania. Myślę, że to właśnie te kwestie zbliżają te grupy do siebie.

A: No właśnie, wspominasz o tęsknocie, zagubieniu i poczuciu wyobcowania. Wszystko to znaleźć można także na „Mass VI”. Sam van Eeckhout przyznał zresztą ostatnio, że na przestrzeni całej swojej artystycznej drogi pisał (i pisze) wyłącznie o jednym – o cierpieniu. Gdzie tkwi zatem sekret żywotności tego konceptu? Dlaczego, chociaż grupa zamyka się na dość – wydawałoby się – wąskim wycinku całego spektrum emocji, ta formuła wciąż potrafi być czymś atrakcyjnym? Mnie zadziwia produkcja tego krążka. Jest naprawdę… czysta, czysta i organiczna. Dzięki temu, chociaż ciężar emocjonalny utworów jest dość pokaźny, chce się do nich wracać, co więcej – słucham ich z przyjemnością, nie mając poczucia, że niebo zaraz spadnie mi na głowę. Pewnie sprzyjają temu także czyste wokale, które, chociaż momentami brzmią jak z trzeciej ligi post-rocka, na dłuższą metę dobrze wpasowują się w ten materiał.unnamed

M: Może to kwestia szczerości tych emocji? Nie wiem czy widziałeś kiedykolwiek Amenra na żywo – ja miałem okazję czterokrotnie, zarówno akustycznie jak i z pełnym, elektrycznym setem – i również na scenie bije od nich autentyczność. To chyba sekret sukcesu Amenra, bo sama muzyka faktycznie nie wyróżnia się właściwie niczym. Ot, zgrabny i stosunkowo prosty miks post-metalu, hardcore’a, elementów post-rocka – nic, czego byśmy nie znali. A jednak robi wrażenie. Tak jak już wspominałem, dużą rolę w muzyce Amenra odgrywa minimalizm – to naprawdę proste utwory, oparte właściwie tylko na powtarzalnych riffach. Z reguły całkiem chwytliwych – weźmy np. „Children of the Eye”. Chłopaki nie silą się na przesadną oryginalność, stawiają na bezpośredni ciężar, prostotę wyrażania emocji, ekspresję. A to, paradoksalnie, sprawia, że jednak zaczynają się wyróżniać.

A: Nie miałem okazji, ale po lekturze „Mass VI” uczyniłbym to bez większego zastanowienia. Jak widać, oryginalność to nie wszystko – czasem liczy się wspomniana autentyczność i jakaś intensywność zamknięta w tych dźwiękach. Jeżeli chodzi o chwytliwość, moim zdaniem, nie ma sobie równych „A Solitary Reign”. Otwieracz to natomiast te piękne, chore wokalizy… Zwróciłem uwagę na to, że ten utwór i zamykający „Diaken” dzielą ten sam lub bliźniaczo podobny riff, co potęguje wrażenie zamknięcia jakiegoś koła, końca podróży. Ciekawy zabieg. Wspomniałeś wcześniej o panu gardłowym – wielu (i to od wielu lat) powtarza, co to byłby za wspaniały band, gdyby nie wokal właśnie. Co Ty na to?

M: A ja osobiście jestem wielkim zwolennikiem van Eeckhouta i uważam, że Amenra bardzo dużo zyskuje mając w szeregach tak charyzmatyczną postać. Gościa, który nie imponuje posturą – wręcz przeciwnie prawdę mówiąc – a potrafi, mówiąc kolokwialnie, wydrzeć się jak mało kto. Nie wiem, nie bardzo wyobrażam sobie innego wokalistę. Jego krzyk świetnie koresponduje z surowymi i prostymi utworami zespołu.

A: Skłaniam się ku podobnej opinii. Ten krzyk, kojarzący się może czasem z jakimiś mathcore’ owymi połamańcami, nadaje całości opresyjnego sznytu – kiedy trzeba. Może i kiedyś było go nieco zbyt wiele, ale teraz – kiedy grupa celuje w większą przebojowość czy melodyjność – równoważy go czysty wokal. Wszystko jest więc, jak należy. A… gdybyś miał jakoś umiejscowić ten krążek w osobistej hierarchii wydawnictw Amenra? Czy jeszcze za wcześnie na takie opinie?

M: Kurczę, zaryzykowałbym chyba i dał „Mass VI” na pierwsze miejsce. Wzięli mnie minimalizmem, surowizną, autentycznością – czyli poniekąd tym samym, czym „Mass V”. Teraz jednak całość brzmi bardziej chwytliwie, a dzięki „A Solitary Reign”… ładniej. To zresztą ogólnie świetna płyta, sądzę, że będzie się o niej dużo mówiło w kontekście wszelkiego rodzaju podsumowań roku.amen ra

A: Mam bardzo podobne odczucia! Cała sprawa z Amenra jest dla mnie dosyć świeża – jeszcze parę lat temu byli odrobinę zbyt trudni – a mimo to, podczas ostatniej przebieżki przez dyskografię Belgów to właśnie „szóstka” wywarła na mnie największe wrażenie. Wcześniej było albo odrobinę zbyt garażowo, albo nieco rwanie i chaotycznie – co samo w sobie nie musi być, oczywiście, niczym złym. Mimo wszystko, tutaj odnajduję w postaci wydestylowanej to, co w muzyce zespołu najlepsze. Jest mnóstwo emocji, charakterystyczne, nadające pewnego dramatyzmu riffowanie, zróżnicowany wokal, wreszcie – zalążki piosenek. Zgadzam się, że o tej płycie będzie jeszcze głośno.

M: Początkowo odniosłem wrażenie, że chłopaki za bardzo zapatrzyli się na „piątkę”, ale przy bliższym, dokładniejszym zapoznaniu się z tegorocznym albumem dochodzę jednak do wniosku, że to była zbyt pobieżna opinia. Z dużą przyjemnością patrzę na rozwój Amenra, bo tak niewątpliwie należy ocenić całą ewolucję zespołu. Grupa ma wreszcie jasno określoną wizję (nie tylko muzyczną – nie zapominajmy też o świetnej oprawie graficznej), charakterystyczne brzmienie, swoją niszę. Ciasną, ale własną.

Kościół Amenra odwiedzili Michał Fryga i Adam Gościniak