AMENRA – Mass V (Neurot Recordings)

Nie cierpię sludge’u. Mam wrażenie, że wszyscy ci muzycy mniej lub bardziej skrycie marzą tylko o tym, by któregoś dnia zostać członkami, albo chociaż roadie Neurosis. Cokolwiek, aby tylko przez chwilę móc ściskać dłoń Scotta Kelly. Każdy z nich chciałby, aby jego płytę produkował Steve Albini i każdy ma milion oryginalnych pomysłów na to, jak skowerować „Souls At Zero” albo „Through Silver in Blood” i podpisać to własnym nazwiskiem, albo chociaż zapuścić długą brodę i zrobić sobie rękawy z tatuaży.

No dobra, jestem niesprawiedliwy. Uwielbiam Neurosis. Równie wielką miłością darzę nie do końca pokrewny stylistycznie, ale często wrzucany do tego samego wora Eyehategod. Jest też kilka „mniejszych” zespołów z podobnych rejonów, które darzę sympatią, albo przynajmniej szacunkiem. Nie jest więc ze mną aż tak źle, ale generalnie nie badam nowości z tego nurtu, ograniczając się raczej do nowych i starych płyt kilku czarnych koni pokroju wyżej wymienionych. Jak z konfrontacji z kimś takim wybrnie belgijski Amenra, czujący się ponoć w wytwórni muzyków Neurosis jak u siebie w domu?

No jakoś tam wybrnie, bo chociaż dźwigają ze sobą wszystkie grzechy gatunku (przewidywalne gitarowe patenty, takież wokale i produkcja, utwory trwające minimum 9 minut), to jednak słychać, że czują tę muzykę. Za potężną ścianą dźwięku, która na pewno rozbuja odurzonych używkami fanów, kryją się bowiem silne emocje i odrobina kompozytorskiego talentu, co zazwyczaj wystarczy, by stylistyczną sztampę wynieść do rangi małego dzieła sztuki. Nie oszukujmy się, to nie odkrywanie nowych lądów jest w muzyce najważniejsze, ale umiejętność opowiadania historii za pomocą dźwięków. I tej umiejętności nie mogę Amenra odmówić. Miejscami ich muzyka osiąga nawet emocjonalną intensywność zbliżoną do ekstremistów z Khanate, choć formalnie bliżej im zdecydowanie do plemiennych klimatów „bogów” z Neurosis.

Polecam więc tę płytę fanom… Neurosis. Fanom Melvins. Miłośnikom mieszania hardcore’a z doom i black metalem. Brodaczom polecam. I wydziaranym. I tym bardziej otwartym na różne doznania fanom Revenge i Szron. A tak zupełnie poważnie, całkiem fajna ta „piąta msza”, nawet jeśli nie jest to muzyka, którą aplikowałbym sobie na co dzień.

Michał Spryszak