ALL THEM WITCHES – ATW (New West Records)

Takiego krążka się po All Them Witches nikt nie spodziewał. Wydawało się, że idą w coraz cięższym, a przy tym bardziej piosenkowym kierunku, a tymczasem na „ATW” piosenka jest jedna, a do tego pięknie komponuje się z resztą rozimprowizowanych, transowo-garażowych odlotów. Dlaczego warto słuchać „ATW”? Na to pytanie odpowiadamy wraz z kolegą Adamem.

Paweł: W ubiegłym roku, kiedy rozmawialiśmy przy okazji premiery „Sleeping Through The War”, mówiliśmy między innymi o tym, że pojawiają się głosy jakoby All Them Witches się powoli kończyli, że ich formuła się wyczerpała i że generalnie to już nie to samo. Tamten krążek był całkiem udany, a mimo to głosy te nie ustały – sporo można było znaleźć utyskiwań na formę Amerykanów. Po premierze „ATW” można jednak jasno stwierdzić, że pogłoski o ich śmierci były mocno przesadzone.

Adam: Pewnie parę podobnych głosów się pojawiło, ale ja, trochę w kontrze, mam wrażenie, że All Them Witches tak naprawdę jeszcze na dobre się nie zaczęli. Są bardzo doceniani wśród muzyków innych grup – pamiętam rozmowę z wokalistą niemieckiego Motorowl, który po wspólnej trasie ATW zaczął wszem i wobec głosić, że Amerykanie to najlepszy zespół na świecie… Z drugiej strony, do uznania, jakim cieszą się np. The Black Angels brakuje im jeszcze sporo. Formule daleko do wyczerpania, bo chociaż w teorii na „ATW” nie ma miejsca na większe zaskoczenia – może trochę inne, niż na „Sleeping Through The War”, są proporcje poszczególnych składowych muzyki – ta płyta trzyma w napięciu i nie chce się znudzić.ATW

Paweł: All Them Witches nie są tak łatwo przyswajalni jak The Black Angels, stąd też trudno o podobną popularność i uznanie szerszych mas. I nowa płyta nic w tej materii nie zmieni. Mimo że to tak w zasadzie zwyczajne, proste, „retro” piosenki, to jest w nich, cholera, coś dziwacznego. Jest w tej muzyce jakaś tajemnica, tyle wiem, chociaż sam jeszcze do końca jej nie odkryłem – i to jest właśnie najfajniejsze, to odkrywanie.

Adam: Ja wciąż jestem pod wrażenia specyficznego brzmienia zespołu, które w teorii nigdy się nie zmienia – w dalszym ciągu jest trochę szorstkie, nieokrzesane, a zarazem bogate – a jednak pozostaje jednym z aspektów, które przyciągają mnie do All Them Witches. No, może nastąpiła pewna zmiana, bo – nie wiem, czy się zgodzisz – „ATW” brzmi w moich oczach trochę luźniej, bardziej garażowo, prawie jak zapis próby.

Paweł: Tak, dużo jest tu ducha garażowego proto-punka z lat 60., The Monks, te sprawy, a w wolniejszych fragmentach sporo improwizacji i nieśpiesznego spacerku nie wiadomo dokąd.

Adam: Ta płyta stanowi też dokładnie ten moment w karierze zespołu, w którym ludzie dostrzegą – lub przynajmniej powinni dostrzec – jak ważną rolę w układance All Them Witches spełnia wokal Parksa. Często krytykowany, bo jakiś dziwaczny, czasem wypadający z prawidłowego dźwięku, tutaj, w przeciwieństwie do wcześniejszych płyt, pełni raczej rolę kolejnego instrumentu. I od razu mniej w tym materiale przebojowości. Prawda jest taka, że, co by o tym wokalu nie mówić, to właśnie jego partie nadawały piosenkom – ot, chociażby tym z ostatniej płyty – pierwiastka nośności. Tutaj tego nie ma, nacisk położony został na atmosferę i niespieszną improwizację. Raz jeszcze posłużę się tutaj obrazem garażu, albo raczej ciasnego, zadymionego pubu, gdzie zespół gra koncert-próbę dla tuzina lokalsów.

Paweł: Jego wokal ma to do siebie, że jest – nazwijmy to ładnie – specyficzny. Może i technicznie nie jest najlepszym wokalistą i nie w każdym zespole by się odnalazł, ale do muzyki All Them Witches pasuje jak ulał. To też jeden z elementów nadających ich twórczości tego niepowtarzalnego charakteru. Nie wyobrażam sobie nikogo innego za mikrofonem.

Adam: Nie ulega wątpliwości, że „ATW” jest płytą zdecydowanie mniej zdefiniowaną, o mniej wyraźnych strukturach, niż poprzedniczka. Ucieka od sfuzzowanych, stonerowych środków wyrazu, stawiając na mantryczne bujanie i leniwą improwizację, wszystko to oparte na starym, dobrym bluesie. Które oblicze All Them Witches jest ci bliższe?

Paweł: Właśnie to rozimprowizowane, mniej piosenkowe, chaotyczne, transowe… Na „ATW” w ogóle nie ma hitów. Na siłę można tak określić „Half-Tongue”, bo to krótki numer, a do tego całkiem melodyjny. W ogóle – oni na tym nowym krążku nie brzmią jak Amerykanie. Czuć tutaj niemiecki chłód. Oczywiście – słychać też bluesa, ale mniej niż na poprzednich albumach.ATW 2

Adam: Właśnie o tym mówiłem – nie ma hitów, a spory w tym udział innego, niż dotychczas, wykorzystania wokalu. Rzecz jasna, nie tylko, bo także gitary są bardziej rozwodnione, a jeśli pojawia się trans, to nie w formie masywnych, pełnych gruzu ścian, a pojedynczych, ciągniętych w nieskończoność dźwięków. Jesteś na dobrym tropie z tym niemieckim pierwiastkiem. Kiedyś zasłuchiwałem się w Colour Haze i obecny był bliźniaczy minimalizm, „niedbała” precyzja, trans osiągany niewielkim nakładem intensywności grania.

Paweł: A jak sądzisz – do kogo jest All Them Witches bliżej: do The Black Angels, czy do Elder? Przyszła mi ta kwestia do głowy po wspomnieniu przez Ciebie Colour Haze, zespołu, który jest dla Elder wielką inspiracją.

Adam: Mimo wszystko do The Black Angels. Inspiracje swoją drogą, ale faktycznie istotny jest sposób, w jaki zostaną one wykorzystane, przekute na coś własnego. Elder, wiadomo, poszli ostatnio w muzyczny barok, mnogość pomysłów i motywów, wynikającą z fascynacji progresją. All Them Witches zmierzają w zupełnie odrębnym kierunku – przynajmniej, jeśli sugerować się zawartością „ATW”. Dla nich mniej znaczy więcej.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek