ALL PIGS MUST DIE – Hostage Animal (Southern Lord)

Nie wiem czy też tak macie, ale ostatnio cholernie ubolewam nad tym, że właściwie nikt nie czeka już dziś na płyty. Dostajemy rocznie kilkaset, a może nawet kilka tysięcy premier, elegancko podanych pod sam nos, o których najczęściej zapominany już za tydzień, dwa. Ktoś powie, że taka jest specyfika współczesnego, globalnego rynku muzycznego i w sumie nie mam żadnego powodu by się z tym nie zgodzić. Ale jest mi zwyczajnie po ludzku przykro, że coraz rzadziej daję się ponieść wywoływanym przez przyjemnie dręczące uczucie oczekiwania, fantazjom na temat muzyki, która gdzieś tam, w odmętach świata na mnie czeka…

Jedną z nielicznych płyt, na które w ostatnim okresie zdarzyło mi się czekać, jest trzeci album określanego czasami „hardcore’ową supergrupą” All Pigs Must Die. Zanim przejdę zasadniczo do rzeczy, od razu na wstępie podzielę się z Wami drobną refleksją, mianowicie wciąż zaskakujące jest to, że samo czekanie bywa stanem o wiele przyjemniejszym niż konsumpcja owoców tegoż. No, ale cóż skoro album robi demolkę pod strzechami już kilka długich tygodni powiem wprost – warto było wbijać zęby w parapet i skreślać kolejne dni w kalendarzyku z papieżem na okładce, kupionym na poczcie. Oto jest! „Hostage Animal” album, który podkreśla styl zespołu i w wyjątkowo zawadiacki sposób znajduje wspólny mianownik między wulgarnym hc a metalem, ale jednocześnie jest to też materiał, który rewolucyjnego charakteru nie ma ani za grosz.APMD

„Hostage Animal” to świetny album, który wyjątkowo łatwo odnajduje wspólny język między nie zawsze się dogadującymi niszami metalu i hard core. Jako, że zespół zgrywa się ze sobą już od kilku ładnych lat, wydaje mi się, że w dużej mierze działa tu chemia między muzykami, która powoduje, że tworzenie hałasu na pograniczu światów i brzmień jest dla nich stanem naturalnym. I ja to kupuję. Kupuję to brzmienie, raz ostre, raz dławiące ciężarem. Cieszę się, że mam kontakt z tak dopracowanymi numerami gdzie melodie bez grama zgrzytu łączą się z klasycznym kopem w twarz. Naprawdę już dawno żadna płyta nie wprawiła mnie w tak dobry nastrój. A to, że APMD po raz kolejny daje nam właściwie tylko wariację na temat debiutanckiego „God is War” to w sumie żaden zarzut. Zespół rozwija się spokojnie i bez szaleńczego silenia się na oryginalność.

Trzeci album APMD to kawał siarczystego, diabelsko wkurwionego hardcore-metalu, którego nie może zabraknąć w Waszych domach.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół