ALL PIGS MUST DIE – God Is War (Southern Lord)

Pierwsza, pełnometrażowa płyta projektu muzyków Converge, The Hope Conspiracy i Bloodhorse to kolejne dzieło wpisujące się w nurt, który pozwoliłem sobie nazwać „zawałowy hardcore”. Dlaczego? Bo sztuka to tak wściekła, tak intensywna i grana na maksymalnym przegięciu, że ocierająca się o zawał serca i tylko nadnaturalne siły drzemiące w muzykach pozwalają im wyjść z tego tornada w jednym kawałku.

All Pigs Must Die idealnie wpisują się w towarzystwo, gdzie prym wiodą Trap Them, Converge i Weekend Nachos. Podobny klimat, podobne inspiracje. Brzmienie zawiązujące do crust’owych załóg, gryzące gitary, przesterowane, wręcz paranoicznie, wyżerające w głośnikach dziurę. Aranżacje sprowadzające muzykę do jednego, kolokwialnego określenia – totalny wpierdol. W zasadzie w ten sposób można by zakończyć opis płyty. Żadnych smaczków, żadnego głaskania. Prosty, konkretny czad w najlepszym wydaniu. To właśnie Świnie wraz z wymienionymi załogami tworzą teraz zamknięty krąg, gdzie ostry wycisk i twardzi koledzy to podstawa.

Opisywana tu płyta to także idealna a definicja współczesnego, agresywnego punka, który swoje dziedzictwo zostawił w latach 80 – tych a  po drodze nabawił się migreny, metalowych naleciałości i nienawiści, która wyziera z każdego dźwięku. Jest to też kolejna, dość jednowymiarowa płyta, bo poza konkretnym wyciskiem nic więcej nie dostaniemy. Może właśnie dlatego tak doskonale wchodzi w głowę? Na materiał składają się nerwowe, poszarpane paroksyzmami blastów, punk/hardcore’owo/d – beat’owe („The Blessed Void” rządzi!) wyziewy, które atakują skondensowanym brzmieniem i szybko przewalają się przez głowę. Zespół nie gardzi także ciężarami, wśród których królem jest miażdżący walec „God Is War”, w ciągu pięciu minut zamieniający każdy mózg w galaretkę i najlepszy na płycie, ośmiominutowy, zagrany z rozmachem, rozbudowany kolos „Sadistic Vindicator”, bez którego krążek byłby zdecydowanie uboższym dziełem. Jeśli chodzi  o ciężar gatunkowy i tony brudnych przesterów, ten kawałek robi za tuzin kolejnych, podobnych dzieł… .

Jest coś hipnotyzującego w tej muzyce, gdzie spotykają się prastare, discharge’owe patenty z metalową masywnością brzmienia i absurdalną wręcz wściekłością. Takie granie w temacie niezależnej, hc – sceny to dzisiaj podstawa i nikt chyba nie ma wątpliwości, że przestaje z autentycznie zdesperowaną muzyką. Co z tego, że ta nadaje się głównie na koncerty i po kilku przesłuchaniach niczego już nie oferuje. Nie jest tak finezyjna jak Converge i przebojowo niszcząca jak ostatni Trap Them. Hard core w wydaniu tej supergrupy jest za to zadziwiająco autentyczny w swoim apokaliptycznym nihilizmie i dostarcza oczyszczenia – a to już doskonały argument, by udać się na koncert. Bo tam jest i Świń i Wasze miejsce…

Arek Lerch

Cztery i pół