ALICE IN CHAINS  – Rainier Fog (BMG)

W temacie reaktywacji trupa Alicja dzierży dumnie palmę pierwszeństwa i nie jest to wcale zarzut – udała im się awykonalna sztuka pt. „jak przeżyć po stracie charyzmatycznego lidera”. Tego typu sytuacje to w sumie nic nowego, zazwyczaj jednak są tylko żałosną próbą trzymania się za wszelką cenę na rynku. Nowa, trzecia z wokalistą Williamem DuVallem płyta jest tego zaprzeczeniem a jednocześnie potwierdzeniem teorii, która głosi, że najbardziej lubimy piosenki, które znamy.

Bo nowa płyta, po trochę poszukujących i zupełnie niezłych krążkach „Black Gives Way To Blue” i „The Devil Put Dinosaurs Here” jest takim lekkim złożeniem broni – ok, szukaliśmy, kombinowaliśmy ale i tak trafiliśmy w miejsce, gdzie trójnogi pies poszukuje brudnego żarcia. Rzecz jasna, z nowoczesnym, pluszowym brzmieniem, bez kokieterii i fajerwerków. Solidnie, ale też bardzo melodyjnie. Trochę tak, jakby wreszcie pogodzili się z faktem, że choćby nie wiem jak uciekali, mylili tropy, oszukując samych siebie, i tak wrócą do deszczowego Seattle z całym bagażem dołów, smutków i obsesji. Ten powrót jest zresztą całkiem dosłowny, bo „Rainier Fog” jest pierwszym od 1995 roku albumem, częściowo nagrywanym w tym mieście.Band

I tak brzmi cała nowa płyta: Cantrell, który ciągnie cały ten biznes za ryj, wpakował na „Rainier Fog” wszystkie firmowe patenty – są zatem ponure, sunące nisko riffy, łączące metalowy cios z grunge, jest punktująca sekcja i wokalne, załamujące się dwugłosy. To co może zwracać uwagę to klarowność materiału – jest równy, ze smakiem, choć dość oszczędnie zaaranżowany i nagrany bez studyjnych bajerów, ot, tak, żeby brzmiąc nowocześnie, wyraźnie nawiązywał do klasycznych wzorców. Słowo „klasyka” nie jest nadużywane celowo, bo nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby doznać uczucia towarzyszącego dziewiczej randce z „Dirt”. Rzecz jasna, dzisiaj, z całym bagażem wiedzy na temat losów Alice In Chains, nie podchodzę do tego zespołu z sentymentem, bo udało im się udowodnić, że nie są jakimś mauzoleum, ale autentycznym tworem z przyszłością. Jasne, bazującym na przeszłości (jak 70% współczesnych grup), bezpośrednio i dzisiaj może trochę zbyt natrętnie nawiązującym do korzeni (będę chyba jednak tęsknił za tym bardziej odważnym obliczem z okolic „The Devil Put Dinosaurs Here”), jednak jest w tym jakaś iskra, coś więcej niż zimny profesjonalizm. Z lekkim wahaniem, ale mimo wszystko kupuję tak serwowaną rozrywkę. Po prostu, da się ich lubić. Bez sarkazmu.

Arek Lerch 

Cztery