ALCEST – Shelter (Prophecy Productions)

Ta płyta to wspaniała opowieść o dojrzewaniu a w zasadzie stawaniu się kimś świadomym swojego miejsca w życiu. Tak odbieram czwarty krążek Francuzów, którzy chyba pierwszy raz w karierze tak jasno dają do zrozumienia kim chcą być i co robić. Dodam do tego jeszcze jedno – jeśli ktoś słyszy na „Shelter” echa black metalu, powinien natychmiast udać się do psychiatry.

Przyznam, że dotychczasowe płyty Alcest jakoś mnie nie przekonywały, co może wynikać z faktu, że ostatnio sympatią darzę  głównie projekty skrajne. Alcest zaś od lat cierpiał na rozdwojenie jaźni – chciał być alternatywny, ale i metalowy, grać przestrzennie, ale nie rezygnować z blastów. Co miejscami wychodziło fajnie, ale zazwyczaj miałem wrażenie, że zespół męczy się w tej swojej pstrokatej skórze. Tym razem jest inaczej – muzycy wreszcie zdecydowali i „Shelter” pokazuje tylko i wyłącznie oniryczną, psychodeliczną odsłonę francuskiego duetu.

Czwarty album zespołu wypełnia muzyka niezwykle przestrzenna, w dużej mierze akustyczna, delikatnie podbijana wyciszoną sekcją rytmiczną, do tego dochodzi spokojny, smutny śpiew lidera. Dlatego tak trudno mi zaakceptować próby ciągłego odnoszenia się do metalowych korzeni zespołu. Dzisiejszy Alcest to alter ego wczesnego Pink Floyd, długie, oszczędnie tkane aranżacje, w których pustka i przestrzeń są głównym budulcem. Tu i ówdzie w odniesieniu do tego zespołu pojawia się określenie shoegaze, jednak uważam, że to przesada. Próżno na „Shelter” szukać brudu czy tak charakterystycznych dla gatunku, gitarowych sprzęgów. Dzisiejsza odsłona Alcest to muzyka klarowna, wydestylowana do niemal klasycznej formuły, bez brzmieniowych eksperymentów. W dodatku raczej podniosła a nie depresyjna. Jasne, być może więcej tu nudy niż zaskoczeń, ale taki już urok Alcest. Te dźwięki sprawiają wrażenie zawieszonych w innej czasoprzestrzeni; największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że płyta trwa zaledwie 46 minut. Słuchając „Shelter” miałem wrażenie, że ciągnie się grubo ponad godzinę. Co bynajmniej nie jest zarzutem, pokazuje raczej sposób oddziaływania tych kompozycji na słuchacza.

Nie byłem na warszawskim koncercie Alcest, jednak jestem w stanie wyobrazić sobie, że nie wszystkim nowa płyta przypadnie do gustu. Jest zbyt… miła, marzycielska i delikatna. Raczej wycofana niż atakująca nadmiarem dźwięków; mimo wszystko, czasami chciałbym, żeby zespół dołożył do pieca i przybrudził nieco aurę, ale – no właśnie, im dłużej słucham płyty, tym bardziej mi się podoba, bo zwyczajnie koi nerwy i odpręża. I jako taka spełnia w zasadzie swoje zadanie.

Arek Lerch

Cztery