ALARIC – End of Mirrors (Neurot Recordings)

Recykling muzyki lat 80. trwa – i na świecie, i na taśmie recenzenckiej, bo znów opisuję płytę, która w jakiś sposób wyraźnie nawiązuje do „tego, co było”. Prędzej skończy się tlen niż nowe fale nowej fali – karawana sunie powoli, ale do przodu. Na tle starych chabet deathrock wygląda przynajmniej na tę najmniej zajeżdżoną. Czas dla Alaric jest wciąż łaskawy, pamięć po solidnym debiucie i jeszcze solidniejszym splicie z Atriarch jeszcze nie przygasła… Nic tylko siadać i nagrywać arcydzieło. „End of Mirrors” to może jeszcze nie ten etap, ale zespół złapał wysoką falę i nie spuszcza z tonu.

Trzymając się jeszcze przez moment tej naciąganej metafory z końmi – zauważyłem, że deathrock bez problemu pasuje do różnych zaprzęgów, jeśli tylko woźnica ruszy głową. Karygodnie niedoceniony Deathcharge z powodzeniem skleił gotyckiego postpunka z d-beatową polką. Nieodżałowany Atomizer pożegnał się ze światem atakując Bauhaus z pozycji black/thrashu. Niedawno Secrets of the Moon wpuścił do swoich kompozycji świeży przeciąg z płyt Fields of the Nephilim. Cytując klasyka, jest wiele możliwości, a Alaric ma w tym wszystkim konkretny pomysł na siebie. „End of Mirrors” nagrał zespół świadomy swoich korzeni, a te tkwią w riffowym sludge’u (Noothgrush) i crust punku (Cross Stitched Eyes). Większości kapel ten nadbagaż przeszkadzałby kotwicząc je w kanciastym, siłowym graniu. Takim, po którym od razu słychać, że to farbowani metalowcy łupią. Tymczasem Alaric pozwala on uciec z peletonu goniącego za banalnym „retro” i po prostu grać ponurego, niepokojącego postpunka po swojemu. Wyraźnie słychać to w „Adore” i „Mirrors”, w których wybrzmiewają echa Neurosis z okresu „Enemy of the Sun”, tudzież w utworze tytułowym, wysyconym klimatem starego Amebix. Zgrabnym kompozycjom towarzyszy sensowny aranż i wykonanie, ze wskazaniem na świetne wokale, jakby Patrick Walker z Warning śpiewał kowery Christian Death, odkręcając kontrolnie wentyl z patosem.Alaric band

Ale „End of Mirrors” to coś więcej niż gra we „wskaż inspiracje” i n-ty zespół, który docenię za to, że lubi te same płyty, które lubię ja, a przy okazji umie je zręcznie posklejać. Forma pozostaje na „End of Mirrors” cały czas służebna wobec treści, emocji i klimatu podskórnego niepokoju. Bez nich Alaric byłby tylko chodzącą sklejką nawiązań, choć z pewnością rewelacyjnie wykonaną. Szczęśliwie gatunkowość jest tu budulcem czegoś własnego, nie tylko szarpaniem strun nieświeżych sentymentów. Nie jest to oczywiście album wybitny czy przełomowy dla kogokolwiek poza jego twórcami, bo z płyt wybitnych „End of Mirrors” bardziej czerpie niż w nie celuje. Nie ma on również takiej siły ognia jak choćby debiut Beastmilk. Ci jednak wypstrykali się ze swoich hitów po pierwszej płycie, podczas gdy Amerykanie mozolnie budują muzykę może nieco trudniejszą, ale wciąż z charakterem.  Dopóki go nie zabraknie, Alaric ma wszelkie predyspozycje do nagrywania coraz lepszej muzyki.

Bartosz Cieślak

Pięć