ALAMEDA DUO – The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo (Instant Classic)

„The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” to płyta zaskakująca, inna niż wcześniejsze dokonania Alamedy i głównie z tego powodu budząca pewne kontrowersje. Wśród fanów twórczości Kuby Ziołka dało się słyszeć zarówno głosy niezadowolenia, jak i mnóstwo niezwykle pozytywnych reakcji. Nie mogliśmy zatem pozwolić, by album ten przemknął niezauważony przez mądrali z Violence Online. Jeden z nich Ziołka słucha od święta, drugi zna na pamięć wszystkie dokonania Starej Rzeki, Alamedy czy Innercity Ensemble. Co ciekawe, ich zdania wcale się od siebie wiele nie różnią…

M.F.: Czy taka płyta, jak ta, była potrzebna Alamedzie? Czy po świetnych dwóch poprzednich krążkach taka zmiana stylu w ogóle ma sens?

G.P.: Wolałbyś, by kuli żelazo póki gorące? Ja poczułbym się obrażony. Zbyt utalentowani ludzie stoją za sukcesem tego „zespołu”, żeby tworzyć bezpieczną muzykę.

M.F.: A nie sądzisz, że w porównaniu do poprzednich wydawnictw Alamedy, to właśnie tegoroczny album jest zbyt bezpieczny?

G.P.: Ale zmieniła się koncepcja tego, co w danym momencie Alameda ma sobą prezentować. Nie musi ciągle poszukiwać, tylko mocno stąpać po ziemi. Nawet z nie swoim materiałem. Dlatego nie podchodzę do tej płyty krytycznie, bo stawiam ją poza kontekst poprzednich.

M.F.: Ja, mimo wszystko, byłbym dość daleki od całkowitego oderwania „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” od poprzednich – świetnych przecież – dokonań, a takimi niewątpliwie są „Późne Królestwo” i „Duch tornada”. I to nawet, jeśli Alamedę potraktujemy bardziej jako kolektyw skupiony gdzieś wokół Ziołka i jego pomysłów niż jako bardziej regularny zespół/projekt. Pod tym względem tegoroczny album jest niewątpliwym zaskoczeniem, wyraźnie odżegnującym się od brzmienia poprzedniczek, stylistycznie chyba nawet bliższym Starej Rzeki niż temu, co Alameda prezentowała sobą wcześniej. Jak przyznają sami muzycy, nowa Alameda to wynik inspiracji kasetą Christodoulosa Halarisa „Music of Ancient Greece” i jak się okazało jej wpływ okazał się na tyle silny, by zepchnąć Ziołka na zupełnie inną drogę – oczywiście pod tą właśnie nazwą. Skupmy się jednak na tym, co najważniejsze – czy udało mu się obronić artystycznie?

G.P.: Bardziej martwi mnie to, że Ziołek to takie bożyszcze polskiego niezalu. Czego by się nie tknął, domyślnie musi zamienić się w złoto. Alemeda broni się fantastyczną precyzją wykonania, pietyzmem w doborze materiału i brzmieniem, które powinno zadowolić najbardziej wybrednych słuchaczy. Inaczej sprawa będzie wyglądać u niedzielnych wielbicieli artysty. Należę do tego drugiego grona i stąd moje bardzo pozytywne nastawienie, nieskalane oczekiwaniami i próbami wyciągnięcia z tego materiału jak największej ilości punktów wspólnych z poprzednimi płytami.Alameda Duo

M.F.: Ja również nie jestem die-hardem Ziołka, chociaż twórczość Kuby znam nieźle i interesuję się tym, co wydaje. Być może dlatego nie jestem przekonany, czy ten album powinien ukazać się właśnie pod tym szyldem. Pomijając już ostatecznie tę kwestię – to jest przecież całkiem niezły album. Ascetyczny, oszczędny, ale też na tym polega jego urok i hm… piękno? Nie wiem czy to nie za duże słowo, ale bez wątpienia jest to płyta co najmniej ładna. Jak na Ziołka jest także wyjątkowo słoneczna (pewnie to ta Grecja), bo o tym, że umie grać ładnie, przekonywał już pod szyldem Starej Rzeki – przy czym ciężar gatunkowy był tam nieco inny. Czuję w tych dźwiękach dużo wrażliwości, ulotności, uroku, a przy tym nie są to też zwykłe piosenki – trudno w takich kategoriach traktować „The Silver Chant of Ate” czy „The Grand Mixolydian Cunt-Slip”. Forma, którą operuje Alameda, wciąż jest niełatwa, nieoczywista, ale przy tym mam wrażenie, że jednak bardziej ograniczona niż wcześniejsze, w pełni wolne płyty Alamedy. Ech, a ja znowu wracam do przeszłości…

G.P.: Ale wcale mnie to nie dziwi, bo w tej nie tak odległej przeszłości nagrał, a w sumie to nagrali, rzeczy jeśli nie bliskie wybitności, to bardzo dobre. Zatem ja zapytam Cię wprost – co Alameda jeszcze nam pokaże? Melodie będą jeszcze przystępniejsze, a aranże wyjdą poza okołojazzowy schemat, czy panowie pójdą pod prąd?

M.F.: Sądzę, że Alameda Duo to raczej jednorazowy wybryk. Nie chcę się oczywiście bawić we wróżenie z fusów, niemniej traktowałbym ten album w kategoriach zwykłego upustu pewnej nagłej fascynacji. Sam fakt, że materiał powstawał w duecie może być tego potwierdzeniem. Z tego co się orientuję, trwają prace nad kolejnym albumem pod tym szyldem. Tym razem Alameda ma reinkarnować się jako kwartet, zatem wątpię, by towarzyszyła temu aż tak oszczędna forma. Pewnie, możemy spodziewać się niespodziewanego, ale chyba kierunek będzie jednak nieco inny.

G.P.: I będzie kolejna okazja do pogaduch? (śmiech)

M.F.: Jasne, Ziołek jest na tyle interesującym artystą, że chyba każda płyta, przy której majstruje, warta jest tego, by się nad nią pochylić. „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo”, pomimo kontrowersji – a może właśnie dzięki nim – także. Bo wiesz, słyszałem tu i ówdzie, że to nudny album, że nie o taką Alamedę nic nie robiłem i tak dalej… Oczywiście, że to muzyka bardziej minimalistyczna, inna niż poprzednie dokonania, ale czy gorsza? Chyba nie – te utwory są przecież bardzo ładne!

Wspólnego zdania szukali Michał Fryga i Grzegorz Pindor

Zdjęcie: Ela Schulz