ALAMEDA 5 – Eurodrome (Instant Classic)

Tak, wiem, obiecałem tuż po koncercie Alamedy w Pogłosie, że recenzja płyty pojawi się szybciutko. No i z szybciutko zrobiło się kilka miesięcy, które w zasadzie nie zmieniły mojego postrzegania tej płyty. Ok, być może zbliżająca się premiera Javvy tworzy nieco inny kontekst, bo w zasadzie potwierdza moje spostrzeżenia.

A spostrzeżenia są takie – kiedy wokół już niemal wszyscy improwizują i dobijają się do bram mitycznej ziemi jazzowo – transowej, sprawcy całego zamieszania przykręcają kurek z takim graniem i znowu wyprzedzają peleton, udając się w zupełnie innym kierunku. „Eurodrome” to w zasadzie przedsmak tego co będzie się działo, już niedługo potwierdzi to Javva, podejrzewam też, że za momencik wszyscy rzucą się na dźwiękowo – kulturową skarbnicę „czarnego lądu”, ale wtedy… Alameda będzie pewnie grała dwuminutowe, przebojowe piosenki inspirowane południowoamerykańskim folklorem. I w tych dywagacjach nie ma niczego złośliwego. Płyta A5 potwierdza, że muzycy z tej formacji nie stracili swojego radaru, który pozwala im wyczuwać, gdzie mogą znaleźć dla siebie coś nowego a dla słuchaczy interesującego.12V_Alameda5

Na „Eurodrome” improwizacja została poskromiona, środek ciężkości przesunięto w stronę transu, aranżacje stały bardziej poukładane, zdecydowanie mniej rozbuchane, raczej skłaniające się w stronę tworzenia – jak pisałem w przypadku koncertu – monstrualnej piramidy rytmicznej. Inaczej pracuje elektronika Jędrzejczaka, do przodu wysuwają się instrumenty perkusyjne. Syntetyczny posmak tej płyty jest jej największą wartością, bo brzmi po prostu inaczej, sadowi się gdzieś na południe od „Ducha tornada”, nie powtarzając żadnych wątków z tej płyty. Ba, wcześniejszy maxisingiel „CDTE” także nie zdradził, dokąd zespół się uda. Grupa kwestie improwizacji zostawiła na koncerty, zaś na płycie prezentuje – wiem, że zabrzmi to dziwnie – piosenki. Alamedowe piosenki, czasami dosłowne za sprawą melodyjnych partii wokalnych, to znowu skręcające w stronę niemieckiego krautu. Zaskakujące jest to, że ta muzyka ma dużo wyższą temperaturę niż poprzednia produkcja. Kapryśna to płyta, bo zespół mami nas różnymi wizjami, które dość szybko porzuca; czasami mam wrażenie, że po prostu szukają nowych ścieżek, szykują się do dużego skoku. Przejściowość tej płyty zdaje się poniekąd potwierdzać wspomniany projekt Javva, choć na weryfikację tej teorii – czyli kolejne dzieło pod szyldem A5 – przyjdzie nam jeszcze poczekać. Aha, nie wymieniam żadnych numerów, bo w zasadzie  – jak zwykle – kupuję całość. Inną, nową, ale po raz kolejny rewelacyjną.

Arek Lerch

Pięć