ALAMEDA 5 –  CDTE (Milieu L’Acéphale)

Fenomen bydgoskiej sceny był już wałkowany wielokrotnie przez najbardziej światłe umysły dziennikarskie, dlatego nie ma sensu po raz kolejny wzdychać, jakie to fajne muzykanty mieszkają w tej mieścinie. A wśród nich paczka, która odpowiada za jedno z najlepszych wcielenień Alamedy, występujące pod numerem 5. Właśnie obudzili się z letargu i sygnalizują to ep-ką „CDTE”.

Nigdy nie ukrywałem, że ostatnie dokonanie Alemedy 5 czyli „Duch Tornada” to dzieło bliskie słowa „wybitny”, przekazujące w pełnej rozmachu formie wszystkie możliwe kierunki poszukiwań współczesnej, eksperymentalnej i transowej alternatywy. Muzyczne środowisko Bydgoszczy kipi, po drodze mieliśmy Alamedę Duo, rewelacyjna jest Alameda 4, jednak to dzisiaj, kiedy wreszcie pojawia się pierwsza zapowiedź nowego dzieła A5, zaczynam przebierać nogami. Na razie to tylko cztery krótkie w sumie numery, ale i tak wiadomo, że szykuje się duża uczta. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że przez ostatnie dwa – trzy lata scena ewoluowała, przyszedł taki czas, że co drugi zespół improwizuje i transuje (z różnym zresztą skutkiem…), ale i tak w tej całej, rozedrganej czeredzie Alameda 5 jest cały czas na czele peletonu. Co dostajemy tym razem?12V_Alameda5

W zasadzie skondensowaną pigułę tego, co pewnie znajdzie się na przygotowywanym długograju. Muzycy sprytnie wybrali cztery, różne kierunki, w których będzie się rozwijać następca „Ducha Tornada” i każdy z nich jest co najmniej intrygujący. Może na początek dwa numery, które sygnalizują poszukiwania w rejonach znanych z poprzedniej płyty.  „CDTE” i „Radio Liberec” to ponownie transowo rozedrgane, kipiące detalami pochody zespolonych rytmicznie, elektronicznych pejzaży, świetnych instrumentów perkusyjnych i wokaliz. Aż szkoda, że tak krótko. Elektronika w utworze tytułowym powala i wskazuje na jednak lekko zmieniające się oblicze A5 – czyżby długie formy odchodziły w niepamięć? Z kolei „Birds of Passage” to brawurowy popis perkusisty – Jacek Buhl na świeżo wydanej płycie Jachna/Mazurkiewicz/Buhl poszedł w stronę szalonego eksperymentu, zapewne dlatego na Alamedzie zanurza się w rytualny i zapętlony taniec. Ten utwór to także inna produkcja, eksponująca niemal industrializujące brzmienie w klimacie wczesnego Hybryds. Kończący ep-kę „Life Essence” to już głównie popis (jak mniemam) samego Łukasza Jędrzejczaka i jego elektronicznej baterii.

W sumie – doskonała wizytówka zmieniającego się zespołu, robiąca mi nielichego smaka na całą płytę. Oj, będzie się działo…

Arek Lerch 

Pięć