AHAB – The Boats of the Glen Carrig (Napalm Records)

Zespół jednej, doskonałej płyty? Może nie do końca, ale jeśli przez doskonałość rozumieć arystotelesowy złoty środek, to Ahab zastosował go na swoim drugim albumie – „The Divinity of Oceans”. Od trzeciego i czwartego krążka, tu recenzowanego, jest już tylko miło „kołysać się w wśród fal”. Bez „ach, jak przyjemnie”.

Po więcej niż udanym debiucie „The Call of the Wretched Sea”, na którym zespół bezlitośnie uprawiał swój „nautic funeral doom”, jego następcę odznaczały ślady łaski w postaci „mnisich” wokaliz, nieco większej ilości akustycznych pasaży, a gniew oceanu momentami cichł i zdało się słyszeć jego dziewicze piękno. Po czymś co brzmiało jak atak na post-metalowy posterunek 13 (trzeci „The Giant”), „czwórka” próbuje wskrzesić pierwotny żywioł. Formalnie odnajdujemy zespół gdzieś w połowie drogi między „Divinity…” a „The Giant”. Taki – nazwijmy to – kompromis, nawet jeśli wyczuwalny już na „dwójce”, odczytywałem jako wyraz naturalnego rozwoju zespołu. Dzisiaj swoisty odwrót od „postowości” „The Giant” odbierać należy jako świadome odejście od eksperymentu i rozmiękczenia muzyki w stronę tego, co przysporzyło kapeli rozgłosu i związanego z nim dobrego samopoczucia. Nie postrzegam takiego zabiegu negatywnie, bo bez względu na to co stało u podstaw takiej decyzji, dostaliśmy album po prostu czytelniej skrojony, wyraźniej podzielony na fragmenty brutalne i łagodne. Ahab nadal więc działa z tak zwanego (nie)zaskoczenia, stając się już zakładnikiem obowiązku kontrastowania muzyki. Jednak podczas gdy momenty doomowej pożogi wypadają jak zwykle świetnie, a podkręcenie tempa wręcz wspaniale (najszybszy w karierze Niemców „Like The Red Foam (The Great Storm)” z elementami „Silent Enigma” Anathemy), tak długie pasaże nieprzesterowanej gitary z delay’em nużą, stanowiąc „konieczny” pomost i „przeciwwagę” dla materii, która w swojej opresyjności czuje się przecież doskonale. Stosowane do tej pory czyste harmonie wokalne o wręcz sakralnym zabarwieniu, postawione nisko w miksie, wypchnięto teraz na pierwszy plan. Osamotnienie i cierpienie braciszka Droste nie są już w stanie obronić go przed zarzutem „ten facet nie umie śpiewać”. Takiego męczy-dupy nie wybawi żadna ekipa ratunkowa, a co najwyższej zainteresują się nim lwy morskie z racji jego niezmiennie głębokiego i szorstkiego growlu.AHAB

W moim przekonaniu, albo mamy do czynienia z wyczerpaniem formuły (od czego Ahab uciekał na „The Giant”), albo zwyczajnie brak tutaj większej ilości dobrych kompozycji. Co równie smutne, „The Boats of The Glen Carrig” nie opowiada tak sugestywnej i przejmującej historii jak „jedynka” – „Moby Dick” (samozniszczenie), czy „dwójka” – „The Raft of The Medusa” (kanibalizm i poświęcenie). Zastanawiając się dalej nad wspomnianą na wstępie „równowagą”, dochodzę do odmiennych, niż wyżej poczynione wniosków: to „The Boats…” prezentuje złoty środek, czerpiąc bezpiecznie z wcześniejszych dokonań zespołu. A w sztuce wyważenie elementów nie zawsze się sprawdza.

Kuba Kolan

Cztery