AATHMA – Avesta (Odio Sonoro)

Od jakiegoś czasu staram się na bieżąco śledzić hiszpański underground i przyznam, że zaczynałem już wątpić, czy kiedykolwiek wyrzuci on z siebie jakąś dobrą płytę w stoner/doom metalowym klimacie. Nie wiem czy to przez słońce, czy przez hiszpański temperament, w każdym razie nie są to gatunki szczególnie popularne. Indie rock, garażowy punk, noise – to już bardziej, a z cięższych rzeczy zdecydowanie thrash i death metal. Tymczasem sporym zaskoczeniem okazał się dla mnie nowy krążek formacji Aathma, która co prawda istnieje już dobrych parę lat, ale wreszcie udało jej się porzucić zapatrzenie w Neurosis oraz Electric Wizard i stworzyć coś z własnym charakterem.

Swoją pierwszą płytę madryckie trio wydało w roku 2009. „The Call Of Shivá” było kawałkiem całkiem znośnego sludge/doom metalu ( z naciskiem na to pierwsze), który zaginął w gąszczu tysiąca podobnych krążków wychodzących w tamtym okresie. 2 lata później mieliśmy „Decline… Towers Of Silence” i coraz wyraźniej słyszalne inspiracje Neurosis i Isis – nie tylko w pracy gitar, ale i w wokalu. Post/sludge metalowe klimaty zdominowały również wydaną przed trzema laty ep-kę „Deadly Lake” – przyzwoitą, ale nic poza tym. Generalnie – do tej pory Aathma raczej większych grzechów nie popełniła, ale też nie wybijała się ponad setki innych kapel obracających się w podobnych klimatach. Na nowej płycie Hiszpanie wreszcie uznali – słusznie – że zamiast grać jak Neruosis, zrobią to, co oni – pójdą własną ścieżką. Aathma

„Avesta” jest albumem koncepcyjnym, opartym na świętej księdze wyznawców zaratusztrianizmu o takim samym tytule. I rzeczywiście, krążek przesycony jest podniosłą atmosferą z pobrzmiewającymi tu i ówdzie bliskowschodnimi melodiami, które jednak nie dominują, dzięki czemu można „Avesty” słuchać bez odruchów wymiotnych. Już od pierwszego utworu wiadomo, co się święci – a mianowicie trans i duszny, psychodeliczny klimat. Nie dość, że mamy tam pyszny, bujający riff, to jeszcze przebojowy refren, który przyjemnie kontrastuje z wykrzyczaną, bardziej agresywną zwrotką. Jest w tym jakiś rodzaj mistycyzmu. Podobnie jak w kolejnych kawałkach. „Mithra” to ponownie oszczędnie dozowana dawka melodii na podkładzie ciężkich, a przy tym mających w sobie coś ze space rocka gitar; „Ken Za” to 4-minutowy, pełen sprzężeń i hałasów wszelakich instrumental, aż w końcu dochodzimy do „Aban” – trwającego ponad 10 minut opus magnum „Avesty”, w którym mamy wszystko to, co na tym krążku najlepsze – świetne riffy i dobre melodie. I za jedno (znaczy się granie na gitarze), i za drugie odpowiedzialny jest Juan Domínguez – swoją drogą, trudno nie zauważyć postępu, jakiego dokonał jako wokalista. W partiach wokalnych na nowej płycie wszystko się zgadza. Kiedy trzeba – krzyknie, a kiedy atmosfera robi nam się spokojniejsza – podrzuci melodyjny wyśpiew.
Krótko mówiąc: dobrze to wszystko skomponowane.

Paweł Drabarek
Cztery i pół