WOJCIECH JACHNA SQUAD – Elements (Audio Cave)

Wojciech Jachna niestrudzony. Liczymy projekty, w których maczał palce? No, ok., darujmy sobie; dość, że było ich bardzo dużo i zawsze wzbudzały entuzjazm. Czasami bliżej alternatywy, bardzo często w szeroko pojętej improwizacji i jazzie, ale zawsze było to coś ciekawego. Jeśli jednak ktoś spodziewa się po Wojciech Jachna Squad czegoś pokroju Sundiala czy Jachna/Mazurkiewicz/Buhl, może się nieco zdziwić.

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – Wojtek cały czas ewoluował, eksperymentował z instrumentem, z formą. Improwizacja była tu doskonałym polem do poszukiwań, czasami dość trudnych, kiedy ocierał się o awangardę, rozszczepiał brzmienia na „God’s Body”, szukał ujścia dla swoich emocji. Nie bał się popisów solowych, zawsze jednak starał się by grał instrument; miałem wrażenie, że chował się za dźwiękiem. Nie chodzi jednak o jakąś skromność, ale nie ma w Wojtku tego ekscentrycznego ekshibicjonizmu, arogancji, jest za to wielka świadomość i trochę gorzka ocena sytuacji. Muzyka jest tu najważniejsza. Być może dlatego stworzenie tego zespołu było dla muzyka czymś w rodzaju ukoronowania poszukiwań, przynajmniej na tym etapie. Stworzeniem muzyki, której de facto nie mógłby zagrać w poprzednich projektach. Własnej, bardzo emocjonalnej i pięknej, choć na pewno oddalonej od niektórych szalonych pomysłów z przeszłości. Te dźwięki są jak dobrze skrojony garnitur, noszony w nieco nonszalancki sposób. Czarno-biały obraz, subtelna gra świateł. Jachna to bardzo świadomy muzyk, który – takie mam zdanie – chce ze swoim nowym projektem znaleźć się na nieco innej orbicie, niż z dotychczasowymi składami. Nie chcę w tym przypadku odmawiać mu nutki szaleństwa, ale trzeba przyznać, że nowa płyta to przede wszystkim detale, drugie palny, gdzie poutykane są rzeczy ważne i ważniejsze. WJS

„Elements” to materiał, który wymaga ciszy. Poległem za pierwszym razem, kiedy próbowałem wysłuchać płyty w jakimś zgiełkliwym miejscu. Nie miało to sensu. Dopiero w zaciszu i skupieniu można wyłapać detale i zrozumieć atmosferę tych nagrań. Druga sprawa to mistrzowskie zgranie składu, który reaguje na siebie niemalże intuicyjnie, dlatego wszystkie subtelności nie są przypadkiem a improwizacja, choć swobodna, jakże poważna, skupiona, bez szaleńczych rozjazdów, które tu nie byłyby na miejscu. Zawartość płyty dzieli się na dwie grupy. Pierwsza to tzw. uczta dla ducha. Wyrafinowana harmonicznie, spokojna kompozycja tytułowa z bardzo plastyczną grą Wojtka, dyskretna sekcja podkreśla klimat zadumy; podobnie jest w „Checkers II” i „Philozopher’s Walts” – doświadczymy tu i pięknego swingu basowego, ciepłego, doskonale kontrolowanego dźwięku i lepiących się do ucha harmonii. Jachna, choć jest szefem, doskonale wie, kiedy włączyć się do akcji, choć nawet kiedy go nie słyszę, cały czas czuję obecność i kontrolę, czuć, że wszystko jest efektem doskonałego zrozumienia czym jest jazz, ale jednocześnie zespół potrafi pójść nieco pod prąd, jak chociażby w westernowym temacie „On the Train”, gdzie szefowanie przejmuje gitarzysta. Równie zadziornie jest w „Sultan’s Cream”, tu zespół wyraźnie się rozpędza, pojawiają się brudniejsze brzmienia i niemal hendrixowskie wjazdy gitary. W tym bardziej niepokornym wydaniu do szczytu zbliżają się za sprawą nieco eksperymentalnej improwizacji „Mystery”, gdzie dominuje zabawa brzmieniami, budującymi niepokojący, mroczny klimat i świetnym, noszącym piętno yassu finale „Porcupine”, napędzanym nieco drum’n’bass’ową sekcją.

Takie dynamiczne zakończenie płyty nasuwa pytanie, czy zespół zamierza skręcić w najbliższym czasie na bardziej wojowniczą ścieżkę eksperymentu. Wydaje mi się to jednak mało istotne, bo najważniejsze jest, że i w spokojniejszych i tych bardziej rozwydrzonych kompozycjach WJS zachowuje swój charakter i ten wynikający z doświadczenia, podskórny spokój. Nowy poziom jazzu? Na pewno, choć zastanawiam się, czy bardziej dla Wojtka, czy całej krajowej sceny…

Arek Lerch