WHALESONG – Radiance of the Thousand Suns  (Old Temple)

Whalesong powraca z nową, monumentalną wręcz porcją wynurzeń na temat życiowego syfu, ciężaru istnienia czy promieniowania, które wszystkich zabije. A może to po prostu moje wizje, po wysłuchaniu tego miksu post industrialnych łabędzich śpiewów? W każdym razie z niejaką dumą przedstawiam następcę „Disorder”, dzieło, które jest świadectwem niesamowitego rozwoju, jaki przeszła na przestrzeni lat grupa dowodzona przez znanego tu i ówdzie (chociażby jako guitar techa na przeróżnych światowych trasach…) Neithana. Szacunek i słuchajcie, bo warto.

Śledzę poczynania ekipy od czasów debiutanckiego hałasu „Filth” i przyznam, że to doskonały przykład, jak konsekwentnie rozwijać karierę, z dala od biznesowego zgiełku, z zachowaniem korzeni i pełnym otwarciem na nowinki. Otwarta głowa w przypadku Neithana doprowadziła do momentu, kiedy trzymam płytę, będącą dziełem skończonym, tak brzmieniowo, jak i koncepcyjnie. Dziełem faktycznie podniosłym, ale jednocześnie bardzo ciekawym, przykuwającym uwagę. Jasne, nie znajdziecie tu piosenek, bo zespół (a w zasadzie projekt..) konsekwentnie trzyma się obranej ścieżki industrialu, który ewoluował przez wszelakie „posty” by dotrzeć do miejsca, gdzie spotyka się Godflesh z co bardziej rozbuchanymi formami z ostatnich płyt Swans. Zresztą, ten ostatni zespół jest tu głównym wyznacznikiem i muszę przyznać, że słucham „Radiance…” z równie dużymi wypiekami. Czy jest to zarzut? Jak najbardziej nie, bo ekipę Giry traktuję z nabożną czcią, wcale się tego nie wstydzę, więc takie inspiracje – w dodatku wykorzystane z dużym polotem – nie są niczym złym. Zresztą, pokażcie mi twórczość „bez inspiracji”… W każdym razie, jeśli lubicie zarówno wczesne, industrialne łomoty, jak i drone’owe, zgrzytliwe przestrzenie, nie straszne wam długie, zapętlone tripy, sięgajcie po „Radiance of the Thousand Suns”  bez obaw. Dobra, dość nachalnej promocji (no, kto mi zapłaci?), czas na poważną analizę.WSNG

Podzielmy zatem płytę na dwa kawałki, gdzie druga część to monumentalny, 47 minutowy utwór tytułowy  (umieszczony zresztą na drugim krążku). Zanim do niego przejdziemy, cała reszta. Przede wszystkim brzmienie i rozmach. Wolno sunące przy ziemi spowite dymem potwory to esencja – „Black Hole” wzbogacony dzwonami rurowymi (w akcji Thor Harris), „Rebirth” nawiązujący gitarowym hałasem do „Filth”, czy wreszcie opętańczy, upiorny trans w „Opening the Mouth of Hell” i „Consumer” (wyłapać w nim można dźwięki akordeonu zapodane przez Vogga). Co ciekawe, w tych utworach wyraźnie słychać, że sposób ich prowadzenia gdzieś tam ociera się o lekko improwizowane malowanie, co w przypadku takiej muzyki może zaskakiwać. Jeśli zaś chcemy trochę korzennej mechaniki, znaleźć ją można w przygniatającym „Flesh”. Po drugiej stronie mamy klimat – półakustyczny „Bliss”, niemalże żywcem wydarty z notatnika Giry, balladowy „What Does It Mean to Survive?” no i monstrualny, rozjechany dron „A Wound in the Sky” – potwór, prawdziwa awangarda w służbie zła. W zasadzie nie polecam tego utworu osobom o skłonnościach depresyjnych. Cały ten zestaw przygniata, wciąga i boli. Ta muzyka, choć jej wywrotowy charakter wypalił się dawno temu, w wydaniu Whalesong ożywa i znowu potrafi podrażnić. Nie wiem, co zwycięża podczas lektury – niepokój, brak komfortu czy przyjemność płynąca z delektowania się jakościową maestrią, z jaką całość została przygotowana?

No i na koniec, płyta druga, czyli blisko pięćdziesięciominutowy walec tytułowy. Odważne posunięcie, świadczące o tym, że Neithan mocno w swoje wizje wierzy. W tym przypadku nie ma wątpliwości, że całość została wygenerowana na bazie długiej, wkręcającej improwizacji, i jest czymś w rodzaju podsumowania miejsca,  w którym zespół się znajduje. W jakimś sensie pojawiają się tu wątki tematyczne z całej płyty, wagę podkreśla wydzielenie/oddzielenie od reszty płyty. Jest w tym mrok, desperacja i zawziętość. Potrzebujecie nieco więcej czasu by to strawić, ale nawet jeśli uznam, że płyta nie jest łatwa, doceniam jej kunszt i niełatwą fascynację, jaką mi proponuje. Polecam odszukanie takich doznań, choć jednocześnie sugeruję wzięcie w tym celu urlopu. Warto.

Arek Lerch