WE ARE IDOLS – No Apologies (Instant Classic)

Wrocławski zespół hardcore. Ładnie to brzmi, prawda? Wbrew obawom, nie skończyło się na łobuzerskim debiucie i dzisiaj możemy powiedzieć, że na szeroko pojętej scenie hc mamy do czynienia z kolejnym graczem, który na luzie rozdaje karty i rządzi. Pomijając wszystkie koneksje, znajomości, pożyczane bębny i darowane płyty, trzecia płyta We Are Idols to moim skromnym zdaniem jedna z najbardziej znaczących pozycji na mapie krajowej mocnej alternatywy w 2014 roku. Miejcie na nich oko.

Pierwsza płyta zespołu przeszła jakoś obok, zarejestrowałem jej obecność i tyle. „Powerless” z kolei mnie zaintrygował, bo intuicyjnie wyczułem, że dzieje się coś mocnego, zaś trzeci krążek rozwalił mnie już dokumentnie.

Sam zespół zapewnia, że chodzi jedynie o zmiany kosmetyczne, jednak ja wiem swoje. Już brzmienie, ukręcone przez znanego tu i ówdzie Czaję robi wrażenie. Niezwykle twarde, surowe wręcz, ale także bardzo plastyczne, idealnie pasuje do muzyki. Cieszy thrash’owe wejście w postaci wolnego „Destroyer of Worlds”, który miarowo przebija się do świadomości, szykując miejsce na kolejne zaskoczenia. Głównie chodzi o to, że zespół stworzył krążek w swojej klasie esencjonalny. Trwa 26 minut, ani za mało ani za dużo, utwory nie są przepakowane, zespół wpuścił do nich raczej nieco powietrza, bez uciekania w jakieś nowomodne smucenia. To nadal mocarny hardcore, ale obdarty z wesołkowatości debiutu i konkretniejszy niż „Powerless”. Dla niżej podpisanego największym zaskoczeniem jest świetne operowanie dynamiką, powodujące, że muzyka staje się niejednoznaczna – chociażby pierwszy z brzegu, zapierdalający w death – rock’n’rollowym stylu „1961” w połowie załamuje się, ustępując miejsca refleksyjnie podanej, psychodelicznej rzezi, wspomaganej, co ciekawe, klawiszowym tłem. Na szczęście, w tej pieczarze udaje im się uniknąć posądzeń o skłonności do post metalowej depresji. Podobnie zbudowany jest „Boeing’s Shot Down”, gdzie po szybkim, d – beat’owym, fajnie urozmaiconym przez perkusistę wstępie wpada nagle dołujący i duszny, wyjęty wprost z głowy Henry’ego Rollinsa temat. Rollins Band pojawia się tu zresztą nie bez powodu. Kawałki „Water Turns Into Mud” i „From Baltic To Adriatic” są na bank przeszmuglowane z heńkowego notatnika. Ponury, zagrany w tradycji „desperation blues” trans, świetna robota gitarzysty i opętane wrzaski robią piorunujące wrażenie. To prawdziwe diamenty na „No Apologies”.Recenzja

We Are Idols stworzyli muzykę, która swoim charakterystycznym zadziorem, niejaką upierdliwością wkręcających się w łeb tematów, zostawia trwały ślad w pamięci. Nie sposób się od niej uwolnić, wsiąka w mózg i infekuje myśli. Ostatnio rzadko zdarza mi się tak bardzo zachwycać hardcore’ową produkcją, jednak „No Apologies” to konkret, oferujący coś więcej od napierania do przodu. Zespół połączył tu refleksję tekstową (dotyczącą okresu „zimnej wojny”) z odpowiednio spreparowanym aranżem, pozwalającym na to, by słuchacz faktycznie miał moment oddechu i mógł skupić się na detalu. Jednocześnie nie mam wątpliwości, że całość doskonale sprawdzi się na koncertach. Zawsze narzekałem na jednowymiarowość hardcore’owej propozycji, ale We Are Idols idą dużo dalej; udaje im się zachować równowagę między hałasem a muzyką „do słuchania”. I co najważniejsze, robią to w tak przekonujący sposób, że jestem w stanie im uwierzyć.

Arek Lerch

Zdjęcie: Damian Christidis