WAILIN STORMS – Sick City (Antena Krzyku)

Czym jest oryginalność w muzyce? Czy można łatwo, a przy tym precyzyjnie zdefiniować to, co sprawia, że jakiegoś artystę czy zespół uznajemy za oryginalnego, wyjątkowego? Na przykład zespół Danzig za taki uchodzi, choć jego twórczość była (w pewnym uproszczeniu rzecz ujmując) połączeniem AC/DC, Presleya i The Doors. Może zatem oryginalność to jumanie cudzych pomysłów tak, aby nikt się nie połapał i tak, aby nikt nie miał nam za złe? Historia muzyki to nieustanny recykling tych samych dźwięków, czasem podanych w nowym sosie, czasem w innym układzie. Skoro więc „wszyscy kradną”, należy docenić prawdziwych Arsene Lupin’ów tego biznesu – takich, co serwują nam danie tak smaczne, że nie zastanawiamy się, czy kucharz zapłacił za składniki.

W sensie stylistycznym Wailin Storms łupie nuty, które znamy doskonale. Nie tylko z ich fantastycznego debiutu „One Foot In The Flesh Grave”, którego „Sick City” jest kontynuacją w każdym sensie, nawet czas trwania mają podobny. Rockowe, zakorzenione w blues-punku piosenki, doprawione nutą mrocznego gothabilly, noise rocka i ballad o trudnych relacjach dziewcząt z facetami wyposażonymi w noże sprężynowe – znacie? To posłuchajcie jeszcze raz, bo Wailin Storms odwołuje się do kulturowego archetypu „songwritera spod ciemnej gwiazdy”, który nigdy nie wychodzi z mody i nigdy się nie zestarzał. „Sick City” ma tę samą wibrację i lekkość w opowiadaniu upiornych i smutnych historii, która każe nam sięgać po płyty Cave’a, Waitsa, The Gun Club, Jay’a Munly i Davida Eugene Edwardsa. Justin Storms i koledzy posługują się kodem kulturowym, który nam jest obcy i daleki, więc ich ostentacyjna „amerykańskość” wydaje nam się wątpliwa, bo poznajemy ją z daleka. Dla nich jest to codzienność i rdzeń, z którego wyrośli. A pod warstwą estetyki jest dużo istotniejsza podbudowa, zwana z angielska „storytellingiem” – uniwersalna jak świat długi i szeroki, bo chęć opowiadania historii i ich słuchania siedzi w każdym człowieku bez względu na szerokość geograficzną. Wailin Storms mają ją w małym palcu, kostce i strunie. W połączeniu z talentem do pisania rewelacyjnych, hiciastych songów czyni to z „Sick City” pigułę zapewniającą podróż do świata gotyckiego południa, filmów noir i dogorywającego dzikiego zachodu.Band

Bowiem jak byśmy nie określili sobie „oryginalności”, nie jest to nic, co gwarantowałoby dobrą muzykę. Stań na głowie, graj thrash metal na fagocie, rapuj pod black metal, a i tak przyjdzie gość z gitarą, zmiecie cię ze sceny jedną piosenką i wypluje na ciebie przeżuty tytoń, gdy chlipiąc będziesz się wić na podłodze saloonu. To nie jest istotne kto wymyślił muzykę, którą gra Wailin Storms, bo kogo nie wskażemy, on też czerpał z kogoś innego. „Sick City” nie nadaje się do rozkładu muzykologicznego. Tę muzykę się przeżywa, tą muzyką otwiera się w głowie okna, z których machają do nas Thomas Sutpen, Raylan Givens i Dziki Bill Hickok. Odmachaj im, ale trzymaj dłoń na kaburze.

Bartosz Cieślak