WAILIN STORMS – Rattle (Antena Krzyku)

Wieczne narzekania, że muzyka alternatywna, gitarowa itp. nie ma już niczego nowego do zaoferowania, mają swoje uzasadnienie, szczególnie w kontekście takich zespołów, jak Wailin Storms. To gdzieś na przecięciu lat 80. i 90. kryje się cała masa miodziastych dźwięków, które Amerykanie postanowili przekazać potomności. Jeśli szukacie czegoś co wyprzedzi czas, może zerknijcie na Behold… The Arctopus, ale jeśli alternatywny hałas sprzed paru dekad plus nieco błotnistego, bluesowego mułu brzmi nęcąco, czytajcie dalej.

Historia zespołu jest raczej mało ciekawa. Można powiedzieć, że po prostu… grają. Jakoś nie kojarzę specjalnego szumu. Nie ma zabójstw, psychologów na sali prób. Jest muzyka. A przede wszystkim są opowieści. Zauroczyli mnie na poziomie poprzedniej płyty „Sick City” i sytuacja nie zmieniła się w przypadku nowego krążka. Z tym, że na „Rattle” mamy do czynienia z kolejnym krokiem w stronę idealnego songwritingu. Zespół wyciągnął wnioski z poprzednich nagrań i jeszcze bardziej wydestylował charakterystyczne elementy swojego stylu. Oszczędność nie oznacza jednak minimalizmu. To nadal koszące gitary, potężna sekcja i rewelacyjny wokal. Wszystko już było, ale wszystko jest lepsze. Jaka jest więc ta muzyka? Był kiedyś taki zespół, o którym na naszych łamach pisaliśmy, zwał się Laughing Hyenas. Wailin Storms to taki Laughing Hyenas XXI wieku. Lepiej brzmi, jest bardziej organiczny i być może lepiej pulsuje, ale trucizna, jaką sączy do naszych umysłów to ta sama mieszanka jadowitego bluesa, bagnistej wody, mroku i nojzu. 004_cc_Credit Andy Marino

Symptomatyczne dla tego opisu są pierwsze cztery numery z płyty – to esencja stylu Wailin Storms, miażdżący ukłon w stronę klasyków gatunku i kolejny przykład, że diabelski blues i pachnące prochem, pijane w sztok country mogą zniszczyć wszystko na swoje drodze. Tytułowy numer to kopulujący obleśnie Laughing z wczesnym, opętanym Danzigiem, obsesyjny „Rope” miażdży rewelacyjnymi, ładującymi się bezpardonowo w łeb gitarami, w „Grass” upiorny duch Jaszczurek snuje się po bagnach, by wreszcie w „Wish” spotkać się z innymi demonami na Przyjęciu Urodzinowym. Może ten opis jest trochę pretensjonalny, ale dobrze oddaje ducha tych kompozycji, skażonych rozchwianą, cave’owską dekadencją, smrodem nieprzetrawionej wódki i obsesjami sięgającymi błotnistych brzegów Mississippi. Ale to przecież dopiero pierwsza część płyty. I skoro w niej zespół pokazał swoje opus magnum, dalej może poluzować majty. No i dostajemy post punkowy, motoryczny, jadący na gotyckim paliwie „Teeth”, połamany, brzmiący jak kraksa z udziałem wczesnego Therapy? i Janitor Joe „Sun”, jest wreszcie chwila oddechu w ramionach szeleszcząco zawodzącej ballady „Crow” i na koniec przejmujący, rewelacyjnie zaśpiewany, znowu śmierdzący gotykiem „End”. Napiszę krótko – te numery to mistrzowskie przykłady jak powinna wyglądać piosenka. Piosenka, która wybija zęby i każe sięgnąć po czystą wódkę. Piosenka, w której są emocje, złość i więzienie.

Większość protoplastów takiej muzyki już gryzie kwiatki od spodu, a ci żyjący, jak np. Cave czy Danzig totalnie się pogubili. Na całe szczęście, każda lektura „Rattle” uświadamia mi, że nie ma co płakać. Póki istnieją takie bandy jak Wailin Storms, czy nieco przygaszony ostatnio Alpha Strategy, jest dobrze. Bardzo dobrze.

Arek Lerch