ULCERATE – Vermis (Relapse)

Mój pierwszy kontakt z Nową Zelandią muzyczną datuje się na zamierzchłe lata 90 – te, kiedy to Duża Wytwórnia Metalowa lansowała pochodzący z Wellington zespół Head Like A Hole. Grupa wystąpiła nawet, o ile mnie pamięć nie myli, na Metalmanii i – co w sumie mnie nie dziwiło – poklasku, delikatnie rzecz ujmując, nie zdobyła, choć muzycznie był to całkiem niezły kawałek zakręconego grzańska. Nowożytna przygoda z tą zieloną wyspą kontynuację znalazła w roku 2007, kiedy zapoznałem się z płytą „Of Fracture and Failure” Ulcerate a swój wielki, apokaliptyczny finał ma dzisiaj, wraz z konsumpcją czwartego i zaiste genialnego krążka „Vermis”.

Pochodzący z Auckland Ulcerate nigdy nie należał do zespołów tuzinkowych a ich wizja death metalu była zorientowana na poszukiwanie niż kopiowanie mistrzów. Trudno jednoznacznie ocenić, czy chodzi im o techniczny aspekt muzycznych wariacji czy raczej o tworzenie specyficznej, trudnej do sklasyfikowania mikstury. O ile dotychczas takie pytania miały sens, o tyle za sprawą „Vermis” zespół zdecydowanie opowiedział się po stronie awangardy, czyniąc też dość zaskakujący krok w stronę… black metalu. Ta ostatnia konstatacja może dziwić, jednak po lekturze płyty zastanawiam się wręcz, jak to możliwe, że Ulcerate nie pochodzi z Francji, bo opiera się o specyfikę dźwięku dotychczas kojarzonego z takimi tuzami jak Deathspell Omega czy Aosoth. W zasadzie techniczny aspekt ich twórczości zszedł na dalszy plan, schowany pod nawałnicą dysonansów i brzmieniowego zgiełku. Jasne, nadal wszystko jest tu na najwyższym, wykonawczym poziomie, jednak materiał broni się przede wszystkim za sprawą wynaturzonego, duszącego klimatu, ocierającego się z jednej strony o kakofonię czy noise a z drugiej o poszukiwania właściwe grupom określanym jako post – metalowe. Ulcerate nie zapominają, rzecz jasna, skąd się wywodzą, stąd nadal mocno zaznaczona obecność typowych, death’owych elementów (podwójne stopy czy blasty), jednak są one nie celem a raczej jednym ze środków, wykorzystywanych przy budowaniu monstrualnej katedry strachu.

W zestawieniu z poprzedniczką „The Destroyers of All”, zasadnicze różnice sUlcerateą trzy. Po pierwsze, brzmienie – jakiś czas temu poprzednie dzieło naszych bohaterów jawiło mi się jako krążek dość brudny, jednak w zestawieniu z „Vermis” jest czyściutkie niczym niemowlę. Na nowej płycie dominuje dźwiękowa zawierucha, tony syfu, niemal sludge’owa dystorcja i drący bębenki hałas. Kolejnym elementem, wyrastającym z zastosowanej estetyki brzmieniowej, jest pozorny – co chcę podkreślić – chaos, emanujący z „Vermis”. Nie słuchajcie tej płyty na głośniczkach z komputerka – to nie ma sensu, bo dostaniecie zgrzyt, który was odrzuci. Przy bardziej audiofilskim podejściu usłyszycie dużo więcej, mimo to trzeba w pierwszej kolejności oswoić się z dziwnymi proporcjami, zdecydowanie preferującymi faktury gitarowe. To co wyczynia Michael Hoggard, budzi podziw i strach jednocześnie. Wychodząc z zapętlonego, transowego sposobu prezentowania riffu (skojarzenia z Immolation jak najbardziej oczywiste…), muzyk deformuje swoje partie, stosując dysonansowe zestawienia dźwięków, bazując na estetyce noise rocka, burząc i układając ścianę pokręconego, amuzycznego zgiełku, który z tradycyjnym, rytmicznym kostkowaniem nie ma nic wspólnego, kłaniając się raczej wyczynom Portal. Sekcja pozostaje gdzieś z tyłu, przewalając się, to przyspieszając, to wpadając w ponury trans. Z tego wszystkiego rodzi się trzeci aspekt płyty, czyli kurewski mrok, dół i prawdziwe wynaturzenie, które chwyta za ryj zostawiając krwawiące rany. A przy okazji miotając słuchaczem niemiłosiernie. Aranżacje utworów (dodajmy, dość długich – w przewadze są kawałki trwające powyżej siedmiu minut…) gromadzą wszystko, co możemy sobie wyobrazić – jest trochę szybkości, pokracznych struktur, bazujących na doom’owym szkielecie, nieco łamania, wszystko zaś zalane nierozszyfrowywalnym growlingiem. W zasadzie można przyjąć, że jest to płyta dla odważnych a przede wszystkim cierpliwych słuchaczy – trzeba nie lada samozaparcia, żeby przebijać się przez ten śmietnik i jeszcze coś z tego rozumieć. Czyli mamy muzykę wielorazowego użytku.

Muszę przyznać, że reklamowanie tej płyty jest trudne, bo to kawałek strasznie ciężkiego w odbiorze gówna. Zespół szanuję, bo stworzył absolutnie niekomercyjne, introwertyczne i złe dzieło. Zamknięty kawałek muzyki, która zawiera w sobie rytuał, hałas i post metalową posępność. Gdyby Neurosis chcieli kiedyś nagrać płytę death metalową, musieliby bardzo uważnie przyjrzeć się „Vermis”…

Arek Lerch