TRUPA TRUPA – Of The Sun (Antena Krzyku)

Intensywnością zakresu działań Grzegorza Kwiatkowskiego można bez problemu obdzielić liderów tuzina innych zespołów a i tak nie daliby rady dotrzymać kroku szefowi Trupy Trupa. Pod pewnym względem trwająca latami akcja promocyjna była tu i ówdzie powodem drwin (skąd Grzegorz wyskoczy jeszcze?). Była. Bo dzisiaj każdemu kpiarzowi usta same się zamknęły, bowiem TT jest na szczycie. Lata ciężkiej pracy się opłaciły, zespół z Trójmiasta ze swoją nową płytą jest produktem bardziej światowym niż np. Behemoth (herezja, ok…). Kwestia czy to dobrze czy nie. I druga kwestia – czy „Of the Sun” to na pewno najlepsza płyta zespołu. Na to postanowiłem odpowiedzieć.

Jako, że jestem dziadkiem, pochwalę się, że niniejszą Trupę śledziłem w zasadzie od samego początku. I od samego początku polubiłem Grzegorza, bo cenię ludzi, którzy w dupie mają tych, którym się nie chce a potrafią jedynie dużo narzekać. Grzegorz zawsze z uśmiechem robił dla swojego zespołu wszystko. Dosłownie wszystko. Nie chodzi nawet o samą muzykę, a bardziej o wiarę w to, co się robi, wiarę, że można coś osiągnąć ciężką pracą a czekanie i pukanie do różnych drzwi się opłaca. Ale dość  marketingu, bo przecież nie o to chodzi. Ktoś może powiedzieć – ok, dla mnie liczy się muzyka a nie zabiegi promocyjne. Problem w tym, że muzyka TT jest równie głęboka, dopracowana i pochłaniająca jak cała otoczka. To nie jakiś dobrze wypromowany bzdet, ale ciężkie godziny i lata poświęcone na szlifowanie formuły, eksperymenty, poszukiwania, by wreszcie znaleźć się w sytuacji, kiedy stworzony amalgamat eksperymentu i formy w jakiej ma zostać ujawniony światu doszedł – najprawdopodobniej – do punktu kulminacyjnego. Perfekcja objawia się w tym, że ów eksperyment, który na wcześniejszych płytach był dobrem samym w sobie, na „Of the Sun” został podany w przystępnej formie ujętej w wyraziste i (chyba) proste formalnie piosenki. Oczywiście, piosenki trupowe, niosące ów chłodny, nowofalowy czy też post punkowy powiew, nadal nieco wycofane, raczej skupiające się na liniowej formie, bez epatowania wyrazistymi refrenami, jednak po raz pierwszy zwracające się do słuchacza i zapewne ten fakt powoduje, że nowa płytą Trupa wygrywa wszystko co można wygrać. Choć nadal jeszcze dużo przed nimi.T-T R. Wojczal

Szczególnie pierwsza część płyty jawi się jako ta bardziej zachęcająca do kontaktu z zespołem frakcja. I tu mała uwaga do samego siebie – wiem, że w przypadku „Jolly New Songs” pisałem już o tym, że zespół wychodząc w świat ubierał swoją muzykę w prostsze formy, jednak tamta płyta dopiero to sugerowała, w swoim czasie pokazując, że TT może wyjść ze swojej strefy komfortu, ale dopiero teraz nastąpiło przełamanie mentalne. Przykłady – spokojnie płynący „Longing”, piękny, wwiercający się w głowę obsesyjnym basem „Dream about”, miarowo pulsujący „Another day” czy skromna ballada „Angle”. Dorzucam do tego emo rockowy „Remainder”, który mógłby zawojować indie radiowe rozgłośnie (są takie?) i mamy za sobą pierwszą część tej ciekawej płyty.  Nie wiem, czy nie odnoszę mylego wrażenia, ale nostalgia pierwszej części płyty ustępuje miejsca zdecydowanie bardziej mrocznym klimatom, co lekko sugeruje już  „Anyhow” brzmiący jakby Nirvana chciała grać szugejza. Z kolei „Long Time Ago” mami nas zmiennością nastrojów i zadziornymi basami a utwór tytułowy to niemal awangardowe dziwactwo, fajnie zestawione z najkrótszym, bałaganiarsko punkowym i rozwrzeszczanym bachorem nazwanym „Turn”. Na zakończenie dostajemy zagrany z największym rozmachem „Satellite”, gdzie nastrój gęstnieje z każdą minutą; mamy trochę hałaśliwego, gitarowego gruzu, by na sam koniec wejść do niemalże doom’owej pieczary.

Czy Trupa nagrała najlepsze dzieło w karierze? „Jolly New Songs” to w zasadzie ten sam kaliber, wydaje mi się jednak, że nowa płyta lepiej współgra z kontekstem promocyjnym; szum medialny w tym przypadku idealnie zestroił się z muzyką, czego efektem jest spójna i miażdżąca wizja zespołu. Trupa Trupa, nawet jeśli czasami tęsknię za „Headache”, jest dzisiaj produktem idealnym w pełnym wymiarze; pozostawiam sobie jednak otwarte pytanie, czy mamy do czynienia z finałem, czy Grzegorz Kwiatkowski ma nadal w zanadrzu coś więcej, co jeszcze bardziej nas zaskoczy. Oby wiatr w żagle dął jak najdłużej.

Arek Lerch

Zdjęcie: Rafał Wojczal