TRUPA TRUPA – Jolly New Songs (ICI D’Ailleurs/Blue Tapes &X-Ray Rec.)

Nowa płyta Trupy Trupa ukazuje się w idealnym momencie. Idealnym, bo dopiero w takiej chwili będziemy mogli zobaczyć, jak wygląda proces wychodzenia przed szereg. A szereg polskich wykonawców co tej jesieni wydają nowe płyty, jest co najmniej zatrważający. Ma zatem trójmiejska ekipa pole do popisu. Pole, by udowodnić swoją wartość. Będę im kibicował, bo punkt wyjścia mają idealny.

„Jolly New Songs” nazywa się ten punkt. Czwarta płyta w dorobku zespołu, będąca czymś w rodzaju próby wydostania się poza zaklęty kra krajowej alternatywy, choć próby takie pojawiły się już przy okazji „Headache”. Zanim jednak napiszę o samej muzyce, trzeba przyjąć pewien kontekst. Trupa Trupa stosuje od dawna swoisty kreacjonizm, polegający na koronkowych działaniach, mających podsycić zainteresowanie. W naszych, polskich realiach jest to często uznawane za podejrzane i mówi się, że tylko mierny produkt potrzebuje promocji. Trupy mają w rękach jednak dwa atuty – po pierwsze, determinację a po drugie nową płytę. Co do pierwszego atutu – wbrew pozorom, nie jest to tak oczywiste, bo wiele zespołów, nawet tych deklarujących poświęcenie muzyce i ogromne chęci, bardzo szybko, szczególnie kiedy mija pierwszy entuzjazm, siada na ławeczce rezerwowych. Co to oznacza nie będę pisał, bo to temat na osobną rozprawkę. Drugi z atutów jest oczywisty. Trupa Trupa nagrała niewątpliwie swoją najlepszą, najdokładniej przemyślaną płytę. Chociaż bałbym się pisać, że to ich opus magnum.TT

Dotychczasowe dzieła zespołu nosiły dość spory sznyt eksperymentu i można  było odnieść wrażenie, że TT, choć ciekawa, nie do końca zdecydowała się w którą stronę pociągnąć swoje muzykowanie. Była psychodelia, improwizacja, firmowy, trójmiejski indie rock. Czasami była to muzyka całkiem koncertowa, ale zdarzały się elementy, które nadawały się bardziej do słuchania w zaciszu niż w tancbudach. Dzisiaj zespół ma wreszcie w ręku materiał, który w zgrabny i zapewne skąpany w kompromisie sposób łączy te dwa światy. Oczywiście, jeśli TT ma wyjść w świat, należało przykręcić eksperymenty i mimo wszystko postawić na piosenki. Zatem, mamy pierwszy, ważny element – forma nowych kompozycji zamyka się w mniej lub bardziej oczywistych, piosenkowych ramach. Czasami zespół dosadnie łamie formę, jak w „Coffin”, gdzie w połowie nagle potrafi zmienić kierunek narracji, w wielu przypadkach, nakłada na oczywiste frazy płaszczyk psychodelicznego brzmienia (tego mamy całkiem sporo – „Never Forget”, „Hammerhead” czy „Against”), wpada w transowe koleiny („Leave It All”), potrafi rozgrywać obsesyjne repetycje („Love Supreme”) a nawet posmucić w przypominającym nokturn „None of Us”. Pojawiają się także awangardowe odjazdy, ale są skumulowane w konkretnych momentach, jak np. w „Only Good Weather”, który brzmi niczym 100% improwizacja. W jaki sposób udało się tak zróżnicowaną zbieraninę pogodzić? Wspólnym mianownikiem jest przede wszystkim brzmienie ukręcone przez Michała Kupicza i jeśli coś może nas w pierwszej kolejności zauroczyć to właśnie klarowna, absolutnie światowa produkcja. Kolejnym elementem spajającym materiał jest ta podskórna melancholia, mentalny szelest, który ujednolica „Jolly New Songs”. Zróżnicowanie staje się pozorne, wchodzimy w krainę krzywych zwierciadeł. Trupa Trupa bawi, zaskakuje, hałasuje, straszy i hipnotyzuje. Przede wszystkim, chyba jednak bawi, co  konstatuję z zadowoleniem.

Nie wiem, jak zakończy się masywna promocja, nie wiem, czy rozdźwięk między muzyką a popularnością się zmieni. Piszę te słowa w dniu premierowego koncertu zespołu w Warszawie. Na fejsbukowym iwencie możemy przeczytać, że w imprezie weźmie udział 56 osób. Zespół rusza zatem z niełatwym planem zasypania przepaści między popularnością i jakością. Będę im kibicował, bo wierzę, że kto jak kto, ale oni zasługują na sukces.

Arek Lerch  

Zdjęcie: Michał Szlaga