TRIBULATION – Children of the Night (Century Media)

Czas akcji: druga połowa lat 90. Miejsce: gdański klub „Kwadratowa”. Podczas tzw. metalowego wtorku grupa biesiadników deliberuje przy stole na tematy fundamentalne. Jeden z nich oznajmia: „Deep Purple to gówno. Gdyby ich perkusista miał dwie centralki, grałby tak” – i zaczyna miarowo tupać obiema nogami naraz. „Ale w Beherit też masz prostą perkusję” – rzuca ktoś z drugiego końca ławy. „No i co z tego” – pada odpowiedź – „Beherit to jest black metal i ja to lubię”.

Ta ekscytująca anegdota przypomniała mi się, kiedy konfrontowałem swoje wrażenia po przesłuchaniu „Children of the Night” z zasłyszanymi tu i tam opiniami. Dowiedziałem się rzeczy jeszcze ciekawszych niż przy okazji poprzedniego albumu, i znów ułożył mi się w głowie obraz deathmetalowej odpowiedzi na wynalazki z Napalm Records. „Co się stało z death metalem?!” – płaczą internety, często te same, które tęsknią za rzewnym „metalem klimatycznym” z lat 90. Warto zatem powiedzieć wprost, że Tribulation death metalu już nie gra, i dorabianie im tej gęby ma tyle samo sensu, co pretensje do producenta lutownicy, że fatalnie wbija się nią gwoździe. W plątaninie kontekstów, opinii i głupich teledysków gubi się gdzieś muzyka, która odklejona od nich broni się znakomicie. Wystarczy na momencik przypomnieć sobie, że metal to nie power electronics.

W najlepszych momentach („The Motherhood of God”, „Melancholia”) „Children of the Night” brzmi, jakby Iron Maiden podczas sesji „Seventh Son of a Seventh Son” wpadli w wir czasoprzestrzenny i nagrali zamiast niej „Elyzium” Fields of the Nephilim, w dodatku z Jonem Nödtveidtem na wokalu. Duch znakomitego skądinąd „Reinkaos” jest zresztą mocno obecny na tym albumie – słychać tę samą swobodę grania, lekkość klejenia ze sobą pomysłów, dynamikę i melodie, które płynnie wynikają jedna z drugiej. To już nie jest death metal, nawet ten „melodyjny” – Tribulation anno 2015 brzmi bardziej rockowo, ale lata po własnej orbicie, bez cytowania Jimmy’ego Page’a czy podczepiania się pod zgrane occult-retro (co mogłyby sugerować te rozpaczliwe zdjęcia strzelone na potrzeby promocji). Jedyną więzią łączącą Tribulation z podziemnometalowymi korzeniami są wokale, a i te jakimś cudem pasują do całości i nie wywołują wrażenia, że zespół wyprzedził peleton i tylko wokalista nie nauczył się śpiewać na czas. Zgrzyta mi jedynie mało ekscytujący „Själaflykt” – jeden z dwóch instrumentali na „Children of the Night” – ale już drugi z nich, „Cauda Pavonis”, zachwyca goblinowo-soundtrackowym klimatem.16445c50c5-_tribulation04

Co się stało z death metalem” – zawył autor recenzji, przypominając sobie dokonania deathmetalowych tytanów z ostatnich miesięcy. Kompozytorska niemoc, zapatrzenie w siebie, powroty do przeszłości, reedycje trupów wyciągniętych z kanapy i autotematyczność – nie na takich fundamentach kładziono kamienie milowe metalu. Dobrze, że kapele takie, jak Tribulation ciągle idą na przekór oczekiwaniom mamoniowatej, zramolałej publiczności oczekującej wyłącznie odwzorowania pomysłów sprzed 20 lat – na które, swoją drogą, narzekali ówcześni fani. Podobno wraz z „Children of the Night” zespół puka do drzwi mainstreamu – jeśli tak, to z całego serca życzę im, aby pławili się w dolarach i majonezie, nagrywając w megakomforotowych warunkach kolejne równie dobre płyty.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Linda Akerberg