TRAUMA  – Ominous Black (Selfmadegod)

Zawsze mam trochę stracha, kiedy siadam do recenzji płyty death metalowej. Boję się, czy jestem jeszcze w stanie przeżywać takie dźwięki, szczególnie te, które są gdzieś tam zakorzenione w przeszłości i świadczą bardziej o niezmienności zespołowego spojrzenia na muzykę niż o odwadze w przesuwaniu granic. Trauma zawsze była ostoją solidnego łomotu, jednak od jakiegoś czasu nie budziła emocji. Aż do teraz, bo najnowsze dzieło w jakiś przedziwny sposób mnie pociąga.

Najpierw okładką, bo przecież to jest wizytówka płyty i kiedy spojrzałem na malunek, nawiązujący w oczywisty sposób do wizji Zdzisława Beksińskiego (autorem jest znany i ceniony grafik Mariusz Lewandowski – obraz nosi tytuł „Święci i demony”), od razu stwierdziłem, że muszę czym prędzej posłuchać muzyki. Tym bardziej, że zespół dał sobie aż siedem lat na przygotowanie nowej płyty, a taki czas dla każdego wykonawcy to przepaść między tym co było i niewiadomą przyszłością. Trauma to przede wszystkim betonowe wręcz przekonanie o własnym, bardzo ważnym miejscu w życiu. Dlatego zamiast narzekania, że „inni uciekają a my stoimy w miejscu„, jest praca u podstaw, walka po godzinach, kiedy dzieci śpią, żona nie truje i bilans w pracy się zgadza. W gruncie rzeczy, to w sumie trudniejsza sytuacja niż poświęcenie się muzyce w 100%. Trudniejsza bo wymagająca logistycznego majstersztyku w zarządzaniu czasem. Kiedy więc słucham „Ominous Black”, muszę przyznać, że Trauma osiągnęła w tej logistyce mistrzostwo. Nie znaczy to jednak, że to jacyś muzyczni managerowie. To raczej niezłomni i bardzo twardzi faceci, bo ogarniając rzeczywistość mieli jednocześnie wystarczająco dużo oddechu, by stworzyć najlepszą od czasów „Imperfect Like A God” płytę. Co zatem tym razem się udało?TRAUMA

Przede wszystkim – długi proces (ok., w 2017 pojawiła się reedycja zacnego debiutu „Comedy is Over”) wykluwania riffów spowodował, że są one… właśnie, nie tyle dojrzałe, co esencjonalne, obciążone poważnym spojrzeniem na życie i samych siebie. Niby nie ma w tej materii niczego nowego, to wszystko już było, panie, ale jednak… coś w nich przykuwa uwagę. To bardzo poważna płyta. Jasne, poprzednie też do sowizdrzalskich nie należały, ale tym razem Trauma chwyta za ryj nie jakimiś zaskakującymi nowinkami, ale tym zmurszałym, pamiętającym dawne czasy „czuchem”. Death metal jest specyficzną materią, w założeniu zawierającą szacunek do tradycji, z której cały czas ciągnie ożywcze soki, jednak ekipa Mistera robi to w specyficzny sposób, bo nie tyle nawiązuje, co powiada: to my, zakorzenieni i dojrzali. O technicznych aspektach nie ma co wspominać, warto zauważyć, że płyta dzieli się (w mojej opinii…) na dwie części.  Pierwszych pięć kawałków to takie skakanie po różnych poletkach, gdzie jest i klasyczne szaleństwo („Inside the Devils Heart”), huragany blastów („Among the Lies”) i szczypta hipnozy („Astral Misanthropy”). Te numery są znakomicie wykonane, ale zejście w mrok zaczyna się w ostatnich czterech kompozycjach i to one powodują, że nowa płyta Traumy zapada w pamięć. Co ciekawe, w tych numerach dominują wolniejsze tempa i grobowy death metal wyciągający pierwiastek ze stylistyki doom. „I Am Universe”, „The Black Maggots”, „The Godless Abyss” i katedralny finał w postaci „Colossus” to majstersztyki aranżacyjne, pokazujące, że w tak wyeksploatowanej działce można wymyślić coś ciekawego. Wymienione numery to nie zimna kalkulacja, ale coś głębszego: szaleństwo, portretujące Traumę jako grupę, która nie ma nic do stracenia. I ten brak kalkulacji, skupienie się na własnych potrzebach, plus dopracowywana latami technika budzą szacunek. Nie sądzę, by zespół trafił do kogokolwiek spoza śmierć metalowej niszy, ale dla wyznawców gatunku jest to rzecz obowiązkowa.

Arek Lerch