THY WORSHIPER – Czarna Dzika Czerwień (Pagan Records)

Początek tego roku obfituje w premiery, na które polskie podziemie czekało już długi czas. Po pierwsze, ukazał się nowy album Behemoth, po drugie nową płytę po kilku latach oczekiwania wydało Kriegsmaschine oraz ukazał się drugi album najmłodszego w tym gronie Morowe. Wszystko to płyty bardzo dobre, ale ostatnie tygodnie w moim osobistym odtwarzaczu należą do zespołu, który nieoczekiwanie uraczył nas płytą niecodzienną. „Czarna Dzika Czerwień” to muzyczna podróż do innego wymiaru, bardzo duże zaskoczenie, ale też i właściwie nowy początek dla zespołu. Nowy materiał Thy Worshiper to muzyka dzika, porażająca rozmachem i ilością użytych środków wyrazu. Muzyka z bardzo wysokiej półki…

Zacznijmy od tego, że album ten ma naprawdę bardzo mało wspólnego z metalem; nie uświadczycie tu typowo metalowej, opartej na mocno eksponowanych riffach narracji. Thy Worshiper poszedł w zupełnie innym kierunku i stworzył materiał, który wymyka się wszelkim próbom szufladkowania- wiem, to frazes, ale tym razem cholernie trafnie oddaje zawartość muzyczną recenzowanego krążka. Muzyka jaką dostajemy na „Czarna Dzika Czerwień” w bardzo orygianlny sposób miskuje ze sobą mroczną atmosferę (stąd skojarzenie z black metalem), bezkompromisowo rozpasane aranże, całą paletę doskonałych wokali i brzmień różnych, dziwnych instrumentów.

Ta płyta jest jak opowieść i jeśli macie odwagę zatopić się w wymagających i dziwnych dźwiękach, porwie was bez reszty…TW

Wraz z pierwszym, rozpoczynającym materiał numerem „Piach” zespół wprowadza nas niemal za rękę do labiryntu swego nowego świata. Początkowo idziemy niepewnie z czasem coraz bardziej zatapiamy się w emocjach i mroku, które wypełniają płytę po brzegi. Właściwie każda kompozycja stanowi tu odrębny rozdział, kolejną stronicę w historii jaką opowiada niesamowity duet wokalny (osobiście wokale kojarzą mi się z R.U.T.A. „Na Uschod”), wspierany przez bogate spektrum środków wyrazu. I tak od samego początku niepokojąca i tak znacząco inna niż to co słyszymy dziś na co dzień muzyka, czaruje wcale nie mniej niż wspomniane już wokale Ani i Marcina. Dziwne pogłosy, dudniące plemienno-szamańskim rytmem bębny i śmiało odnajdujące się w ich towarzystwie gitara, bas i perkusja. Tej muzyki trzeba posłuchać gdyż pisząc o niej obdziera się wyjątkowe przecież dźwięki z aury niesamowitości. Nie ma sensu próba rzeczowej analizy tego co słyszymy. Bo też i jak poddać analizie czyste emocje i wszechobecny mrok? Znacie metodę? Chętnie ją poznam. Osobiście nie umiem podejść do tak pełnej skrajności i wybornie skrojonej atmosfery muzyki na zimno i przepuścić ją przez sito analizy co kto zagrał „dobrze” a co „źle”. Zwyczajnie się nie da. „Czarna Dzika Czerwień”, jak każda dobra opowieść, ma swoją dynamikę, momenty przełomowe, finał oraz swoiste wyciszenie. Na zakończenie muzyka tli się i gaśnie powoli niczym zapomniane ognisko. Z kolei w numerach takich jak „Czarny”, „Żniwa”, „Ogień” żyje pierwotnym, dzikim tętnem, niemal zwala z nóg ogromem pasji i autentycznych, żywiołowych emocji. Tak jak pisałem wyżej, nie jestem w stanie poddać nowego dzieła Thy Worshiper zimnej i krytycznej analizie. Nie widzę też najmniejszych przesłanek ku temu by napisać, że album ten mi się podoba – określając nowy materiał Thy Worshiper w ten sposób nie oddałbym nawet części emocji towarzyszących mi podczas obcowania z „Czarna Dzika Czerwień”. Ta płyta to ogień. Ta płyta to niesamowity, cholernie barwny głos wokalistki Anny Malarz. Ta płyta to doznanie wyjątkowe – trywialne „podoba mi się” jest tu zwyczajnie nie na miejscu…

Jestem ciekaw tego co teraz stanie się Thy Worshiper? Zespół nagrał materiał więcej niż bardzo dobry, z tego co wiem planowane są koncerty promujące to wydawnictwo, więc mam nadzieję, że już niedługo posmakujemy żywiołu bezpośrednio chłonąc to co dzieje się na scenie. Na dziś zostaje nam płyta – cholernie dobra płyta.

Wiesław Czajkowski