THURSTON MOORE/ADAM GOLEBIEWSKI – Disarm (Endless Happiness)

Ma Kim Gordon swoje Body/Head, ma i Thurston wielce destrukcyjne opus magnum dysonansu. Choć nie solo – też w duecie, w dodatku z Polakiem – perkusistą, Adamem Gołębiewskim, zatem, rzeczą oczywistą jest, że trzeba się temu przyjrzeć. I już na wstępie powiedzieć sobie jasno, że absurdalne w swoim nihilizmie dokonania byłej małżonki, pan Moore przebija z palcem wiadomo gdzie. I jak.

Thurston z naszym krajanem spotkał się na poznańskim festiwalu Transatlantyk i tak przypadli sobie do gustu, że nieco pomuzykowali, porozmawiali, wypili litry kawy i stało się jasne, że coś z tego będzie. Thurstona nie trzeba przedstawiać, bo niejednokrotnie o nim pisaliśmy, z kolei Gołębiewski to improwizator, perkusista szukający nie tyle rytmu co brzmień i faktur, wyzwolony z okowów klasycznego rozumienia instrumentu. Spotkanie takich wolnych osobowości, dla których podstawowym budulcem jest wyobraźnia i brak granic w improwizacji, musiało zaowocować czymś, no właśnie – odpowiednio dziwnym. Bo to trzeba zaznaczyć od razu – jeśli ktoś lubi piosenki, nie kuma improwizacji a dysonanse traktuje jako poważne zaprzeczenie muzyki, powinien co najwyżej obejrzeć fajną okładkę „Disarm”. I na tym poprzestać. Reszta niech próbuje. Efekt może być różny.Moore _ Golebiewski 1

Bo też i wszystko zależy od tego jak podejdziemy do krążka. Krążka, który w ciekawy sposób zmazuje granice między swobodnym lotem a eksperymentem, między instrumentem a jego teoretycznym przeznaczeniem. Krążka, który w otwarty sposób burzy schematy, za nic ma zasady. Dwaj muzycy podczas tych poszukiwań zamknęli się w swoim świecie, otwierając przed sobą tak bardzo, jakby współpracowali od wielu, wielu lat. I dzięki temu powstało coś, co jest dla mnie przede wszystkim szczere, do bólu prawdziwe i pozbawione kalkulacji. Mariaż trudnych dźwięków, ale z drugiej strony w jakimś sensie dla tych muzyków wręcz oczywistych. Thurston dał tu wyraz swojej niepokornej naturze; skoro na „Rock’n’roll Consciousness” zbliżył się do idealnej formuły post sonicowego rocka, to na „Disarm” ze znawstwem prezentuje akademicki hałas. Mało tego, improwizuje, pięknie korespondując z dekonstrukcyjnymi zapędami Gołębiewskiego, który z kolei doskonale łączy swobodę wykonawczą z kolorystyką, wydobywając ze swojego instrumentu momentami dźwięki bardzo zaskakujące. I nawet jeśli mogą drażnić, prowadząc słuchacza na manowce, w zestawieniu z pochodami Moore’a, są jedynym, możliwym uzupełnieniem. Co jest paradoksem, bo przecież Thurston równie dobrze rozumie się ze swoim wieloletnim partnerem, Stevem Shelley, mistrzem prostego, rockowego bicia.

To kolejna płyta, gdzie nie słuchamy kompozycji (jeśli w ogóle może być o kompozycji mowa) a raczej swobodnych faktur, zatapiając w dźwięku, który w zasadzie mógłby się nigdy nie kończyć, co nie jest takie dalekie od prawdy – muzycy swoje pomysły rejestrowali min podczas wspólnych, koncertowych jamów. Duet najbliżej klasycznie rozumianej improwizacji znajduje się na poziomie „Distend”, zaś kompletne brzmieniowe szaleństwo prezentuje w „Distract”, który to numer mógłby spokojnie znaleźć się na jednej z płyt Sonic Youth, szczególnie z tego bardziej buntowniczego okresu. Nie powiem, że jest to album dla każdego, bo jego eksperymentalny charakter nie pozwala na komfortową konsumpcję, raczej drażni i zmusza do uwagi – wyłapywanie detali to fajna zabawa i jeśli takie podejście do muzyki wam pasuje, możecie znaleźć tu coś dla siebie.

Arek Lerch

Zdjęcie: Maciej Włodarczyk