THURSTON MOORE – Rock’n’roll Consciousness (Caroline/Universal)

Z jakiej strony nie spojrzeć na post-sonic’ową historię, osobnikiem, który z rozpadu swojej ukochanej formacji skorzystał najbardziej, wydaje się być Thurston Moore. Pomijam oczywiste kontrowersje związane z zakulisowo – matrymonialnymi zawirowaniami (ktoś jeszcze nie czytał zwierzeń Kim?), bo to chyba powoli przestaje mieć znaczenie. Moore nadal trzyma się z Shelbym i resztą składu z basistką My Blooody Valentine, Deb Googe na czele i dwa lata po świetnym „The Best Day” powraca z nowym, jeszcze doskonalszym materiałem.

Czego się w sumie spodziewałem, odkąd zobaczyłem Moore’a z kolegami na deskach stołecznej Proximy. Skład okrzepł, dobrze się dotarł i zamiast szukać nie wiadomo czego, drąży znajome poletko, gdzie najgłębsze koleiny wyrzeźbił Sonic Youth. Tym razem dostajemy sam konkret –pięć długich, dokładnie przemyślanych i z wielkim polotem zagranych kompozycji. Nie ma tu żadnego wyróżniającego się fragmentu, nikt nie wyskakuje przed szereg. Płyta sygnowana nazwiskiem maga gitary (okładka nie pozostawia żadnych wątpliwości, kto tu rozdaje karty…), jest w rzeczywistości dobrze skomponowanym dziełem zespołowym co wpływa na kompleksowość i w sumie chyba też oszczędność dźwięków sączących się z tego krążka. Dlaczego uważam płytę za lepszy od poprzedniczki materiał? Bo tym razem słychać wyraźnie, że Moore z kolegami całkowicie wyzbyli się spiny charakterystycznej dla nowych składów. Zamiast szukać co bardziej przyjaznych dźwięków, zastanawiać się, jak muzykę odbiorą słuchacze, nowymi utworami pokazują, że znowu mają po sonikowemu kompletnie wywalone na oczekiwania. W zasadzie nie ma tu piosenek a luźne, gitarowe tematy, brzmiące momentami jak improwizacja, bez szukania aranżacyjnego konsensusu. Coś jakby próba, tylko profesjonalnie zarejestrowana na potrzeby wydawnictwa.TM band

Nie znajdziemy tym razem żadnych, chwytliwych tematów. Jest poważna sytuacja – gitarowa przędza spowija wszystkie nagrania; już początek czyli „Exalted” to 8 minut charakterystycznie brzmiącej gitary i jedynego w swoim rodzaju głosu. Ale i tu profesor zaszalał – w piątej minucie spokojnie sączące się ścieżki załamują się i następuje wjazd potężnej, zgrzytliwej ściany dźwięku. Nie wiadomo dlaczego, ot taki kaprys, który zaskakuje i zadziwia. Mocna rzecz, która – takie mam wrażenie – mocno ciąży w stronę surowego, sonicowego odjazdu. Jeśli z kolei w „Cusp” ktoś usłyszy delikatne wpływy szugejza w warstwie wokalnej, nie będę zaskoczony. To zderzenie szalejących strun ze spokojnym wokalem oznacza, że Thurston całkowicie wrócił do stanu równowagi, wziął głęboki oddech i wypływa na szerokie wody. Jak te nagrania wypadną na koncercie, mogę sobie już teraz wyobrażać, a w lipcu skonfrontujemy wyobrażenia z rzeczywistością. Moim ulubionym utworem pozostaje na dzień dzisiejszy „Turn On”. Pozornie spokojny, ale mistrzowsko rozwijający się temat, mógłbym nawet powiedzieć, że to najbardziej rozbudowany fragment płyty, w dodatku z całkiem melodyjnymi wjazdami wokalnymi szefa. Najważniejszą jednak deklarację Thurston ukrył na końcu płyty. Po stosunkowo spokojnym, przyjemnie pulsującym „Smoke of Dreams” wchodzi „Aphrodite” – przez osiem minut kwartet wykłada nam sztukę hałasu gdzieś z okolic środkowego Sonic Youth. Taka niby piosenka, z dziwacznymi, brzmiącymi jak totalny rozstrój gitarowymi akordami; im dalej w las, tym więcej szaleństwa i dysfunkcyjnych dźwięków. Podobno po latach znalazły się specjalnie przez zespół zaprojektowane gitary, które ktoś podprowadził muzykom w 1999 roku. Mam wrażenie, że któryś z tych instrumentów pojawia się w tym nagraniu. Profesor dotarł – po raz kolejny – do sedna, rozłożył muzykę na czynniki pierwsze i poskładał po swojemu do kupy. Rzecz to wybitna, podręcznik szaleńca i ołtarzyk ku czci gitarowego przesteru, choć ewidentnie nie dla każdego. A co najciekawsze (a może i trochę smutne), ten album mógłby być perełką w dyskografii wiadomo kogo, choć w tym momencie nie jest to już istotne.

Arek Lerch