THROANE – Plus une Main à Mordre (Debemur Morti)

Nie tak dawno, przy okazji tekstu o „Derrière-nous, la Lumière”, pisałem, że odpowiedzialny za Throane Vincent Petitjean (znany także jako Dehn Sora) zaszedł tam, gdzie Blut Aus Nord już nie mieli odwagi. Po przesłuchaniu „Plus une main à mordre” dochodzę do wniosku, że o ile w przypadku pierwszej płyty Francuza te słowa miały jeszcze jak najbardziej sens, tak teraz wygląda to na duże niedopowiedzenie. Tegoroczny album Throane to kolejne kroki w nieznane. Petitjean znalazł się w miejscu, w którym nikt inny przed nim nie był, a o istnieniu którego nawet wolałem nie myśleć.

W przeciągu nieco ponad roku, który dzieli „Derrière-nous, la Lumière” a „Plus une Main à Mordre” Throane dość znacznie ewoluował. Debiut, sprawiający wrażenie wariacji na temat jednego riffu, mamił jednoznacznym mrokiem i mantrycznym, koszmarnym charakterem. Drugi album francuskiego projektu, choć z pewnością zachowuje większość cech „Derrière-nous, la lumière”, okazuje się być dziełem po pierwsze bardziej różnorodnym, a po drugie… bardziej chwytliwym, jakkolwiek niezbyt fortunnie to brzmi. Dehn Sora już na jedynce dość chętnie uciekał się w ambient, tym razem czyniąc to jeszcze częściej. Momentami zbliża się gdzieś w rejony beznadziei The Angelic Process czy Have A Nice Life, ale bardziej na zasadzie niuansu niż bezpośredniego nawiązania. Dużo więcej dzieje się także w warstwie gitarowej – teraz, zamiast grać jeden motyw na kilka sposobów, partie gitar mienią się wieloma odcieniami czerni. Rzecz jasna nadal są to przede wszystkim riffy pełne dysonansu, zgrzytliwe i raniące, wręcz raniące boleśniej. Naprawdę, praca gitar jest bardzo, bardzo nieprzyjemna, ale jeszcze mniej przyjazne są partie wokalne. Już na „Derrière-nous, la lumière” Petijean niemal do perfekcji opanował operowanie kilkoma ścieżkami wokalnymi, jednak nieco schowane za ścianą dźwięku wokale nie robiły aż takiego wrażenia (choć i tak było ono niemałe). Na „Plus une main à mordre” te szaleńcze i pełne desperacje krzyki wysunięto na pierwszy plan, wyraźniej je akcentując i podkreślając ich olbrzymią moc. Świetnie to brzmi chociażby w „Et ceux en lesquels ils croyaient” czy „Mille autres”, aczkolwiek swoje apogeum płyta przeżywa w utworze tytułowym, gdzie Petitjeana wspiera Colin H. van Eeckhout (Amenra). Naprawdę, trzeba tego posłuchać, bo to co tych dwóch gości tam odwala, to jakieś pierdolone szaleństwo.T

Chociaż do końca roku pozostało jeszcze trochę czasu, nie sądzę, żeby jakikolwiek krążek był w stanie zrobić na mnie aż takie wrażenie. Sam nie wiem, czy Dehn Sora poszerzył granice dla gatunku czy wręcz zupełnie oswobodził się z jego zbyt ciasnych ram. Wiem natomiast, że trudno jest mi przypomnieć sobie bardziej bezkompromisową, koszmarną i ekstremalną płytę. Czarną jak ręce śląskiego górnika i zimną jak serce mojej byłej.

Na „Derrière-nous, la Lumière” umierała nadzieja. Przy okazji „Plus une Main à Mordre” wiem, że już bezpowrotnie zdechła.

Michał Fryga