THE OPPOSITION –  Somewhere in Between (Aztec/Sonic)

Takich historii zapewne szołbiznes widział bardzo wiele. W pradawnych czasach powstaje zespół, który osiąga tu i ówdzie (np. nad Wisłą…) status kultowy. Następnie zaczyna szukać, zmienia swój wizerunek, eksperymentuje, ma lepsze i gorsze momenty, wreszcie liderzy kłócą się i projekt ostatecznie wisi na kołku. W końcu któryś umiera i historia zdaje się mieć swój koniec.

W tym przypadku jest inaczej – po śmierci Marcusa Bella, który w 2014 roku przegrał długą walkę z rakiem, Mark Long razem z dawnym perkusistą grupy – Ralphem Hallem postanawiają pohałasować pod starą nazwą. I w ten sposób mamy nową płytę. Jasne, można się zastanawiać, na ile wpływ na taką sytuację miała śmierć Bella, który miał prawa do nazwy, a na ile chęć uczczenia pamięci dawnego kolegi. Tak czy inaczej, The Opposition, zwyczajny, niezwyczajny zespół powrócił. Najlepsze jest jednak to, że bazując na sentymentach, pozostając wierny dawnemu stylowi, nie nagrał wcale jakiegoś retro-potworka, płyty będącej nieudolną próbą powrotu do lat świetności, ale znakomity album przerzucający pomost między przeszłością a dniem dzisiejszym.

Mark Long In rehearsal at Husky Studios, Elephant & Castle

Mam problem z opisywaniem takich płyt, bo nowa muzyka The Oppositin jest w zasadzie bardzo zwyczajna, ot, proste, gitarowe piosenki, raczej smutne, w większości dość spokojne. Płyta, która powinna znudzić, ale zamiast tego, przykuwa uwagę. Począwszy od okładki (przypominającej jako żywo obrazki z katalogu 4AD), przez brzmienie, po chłodną, lepiącą się do mózgu melodykę, z każdą minutą zaczyna bardziej hipnotyzować. I tak słucham płyty a w końcu łapię się na tym, że nie mogę się od niej uwolnić. Nagrana w zasadzie przypadkowo muzyka okazuje się mieć siłę rażenia większą niż dużo bardziej przemyślane dzieła. Może to siła zespołowej niezależności, może duch tej muzyki nadal pozostaje żywy, kto wie…  W każdym razie, składniki są niemal modelowe – smutny śpiew, zimne, minorowe akordy gitary, mocny bas, klimat lat 80., post punkowy minimalizm. Oszczędność godna mistrzów, bo tylko mistrzowie potrafią z takiej “zwyczajnej muzyki” zrobić perełkę. Na każdym kroku słychać, że to ojcowie współczesnych smutasów i choć Editorsi i tym podobni mają fajniejsze melodie i oczywiście więcej kasy, to właśnie The Opposition ma w sobie prawdę jeśli chodzi o patent na depresyjne dźwięki.

A że ta płyta przepadnie w ogólnym zgiełku – cóż, może to właśnie ten drugi plan jest najlepszym dla The Opposition miejscem? W dawnych czasach ta ekipa cieszyła się w Polsce niemal kultowym statusem – jest szansa odkurzyć dawne sentymenta. Czas na  “Somewhere in Between”.

Arek Lerch