THE NECKS – Body (Nothern Spy)

Smutna choć ważna informacja dla wszystkich wykonawców z cyklu transowe maratony na jednym dźwięku – australijski The Necks rozwalił bank i zamknął temat. Po „Body” nie ma już nic. Wcześniej nic nie było po „VV”. Choć w gruncie rzeczy to zestawienie nie ma większego sensu. 

Oczywiście, trochę przesadzam, bo zawsze coś jest za zakrętem. Można np. nagrać płytę trwającą dwie godziny i zapewne wśród produkcji rodzimej stajni Zoharum znalazłbym parę perełek. The Necks to jednak tzw. normalny zespół, który wychodzi od szeroko pojętego jazzu, zabierając z tej szufladki miękkie brzmienie i ten charakterystyczny feeling, cofa się do archetypu, obdzierając kompozycje w zasadzie z wszystkiego; kiedy pozostają już jedynie pojedyncze dźwięki, zaczyna budować monstrualną w swojej długości konstrukcję. Konstrukcję, bo boję się używać w stosunku do „Body” słowa kompozycja.The Necks

…a w momencie, gdy już się nam wydaje, że wiemy wszystko, zespół serwuje nauczkę wszystkim niecierpliwym dziennikarzom, którzy po kilkunastu minutach stwierdzili, że resztę „Body” mogą sobie odpuścić – pod koniec 24 minuty muzycy nagle skręcają o 180 stopni, zamieniając minimalistyczny trans na zaskakująco motoryczną jazdę w stylu wczesnego Sonic Youth – zaskoczenie gwarantowane, tego się nie spodziewałem! Taki stan trwa ok. 16 minut, po czym ponownie zapadamy się w miękko – psychodeliczną mgiełkę, pobrzękującą dzwoneczkami, błądzimy w dziwnej, niespokojnej aurze, gdzieś pojawiają się perkusyjne drgania, tremola i pływające blachy, konstytuujące się ponownie w transowe pętle, przywodzące na myśl „Overhear” z poprzedniej płyty „Unfold” a nawet dziwną pulsację „Disarm” duetu Moore/Gołębiewski. Wszystko powoli, delikatnie rozpływa się w niebycie, umierając ostatecznie w 56 minucie.

Zastanawiałem się przez moment, czy nie byłoby lepiej, gdyby zespół podzielił „Body” na trzy niezależne tematy, jednak po kilku seansach dochodzę do wniosku, że fenomen tej płyty polega na integralności wątków, a ich połączenie ma być dla słuchacza wyraźnym sygnałem, że – no właśnie – mamy do czynienia z jednym ciałem.The Necks live

The Necks wykazali się dużą odwagą, serwując nam płytę fascynującą, ale także trudną, wymagającą zestrojenia się z dźwiękami i tradycyjnie poświęcenia im uwagi, bo pobieżna konsumpcja „Body” nie ma w zasadzie sensu. Nie jest to muzyka na każdą okazję, w zależności od nastroju może drażnić lub wręcz hipnotyzować firmową monotonią, zauważam jednak, że każda kolejna minuta spędzona z tym materiałem pozwala odkrywać drugie dno, wychodzi na jaw doskonały warsztat i opanowanie aranżacyjne. A także poczucie humoru. Nieźli z tych Australijczyków pokerzyści.

Arek Lerch

Zdjęcia: Camille Walsh Photography/Bruce Lindsay Photography