THE NATIONAL – Sleep Well Beast (4AD/Sonic)

Nie przepadam za współczesnym indie rockiem, również dlatego, że nie do końca rozumiem tę szufladkę. Według mojego – przyznaję, dość powierzchownego w porównaniu choćby do red. Lercha – rozeznania, wpadają tam zespoły których nie ma gdzie poupychać, bo albo britpop nie żyje, albo za miękko na punk, albo słowo „pop” nie przechodzi przez gardło… Większość z nich łączy głównie mdła piosenkowość i brak charakteru. Oczywiście nie chodzi mi o siłę muzyki mierzoną liczbą uderzeń w werbel na sekundę i głębokością ryku z przepony. Goregrind może być tak samo mętny jak koledżowy rock i to żadne odkrycie. Powiem wprost – jest we mnie spore zapotrzebowanie na muzykę delikatną w formie, z pewnym potencjałem komercyjnym, i takiej dookoła internetu jest tyle, że tylko ciąć z metra. Ale kurde, niech to będzie treściwe i soczyste, niech mówi o czymś. Takie historie od paru lat dowozi mi regularnie The National.

Kurz już opadł i kto miał się zachwycić „Sleep Well Beast”, ten się zachwycił, a kto nosem zakręcił, ten raczej kręci nim nadal. Nikt raczej nie powie, że to słaba płyta, co najwyżej tęskni się za dynamiką „Boxer” i „High Violet”, które faktycznie były takimi płytami, że od czasu „The Unforgettable Fire” niewiele takich się ukazało… U mnie było trochę inaczej – lubiliśmy się z The National od pewnego czasu, ale zaiskrzyło między nami dopiero na „Trouble Will Find Me”. Skręcenie potencjomentru stadionowości na rzecz uruchomienia pokładów miękkiego romantyzmu i okołorockowego minimalizmu skutkowało implozją  i cichym wylewem krwi do duszy. Snujące się przy ziemi „Demons”, „I Need My Girl” czy „Fireproof” okazały się strzałem w samo serce, to był ten ładunek, który powinien napełniać treścią każdą muzykę, nawet tę ultraatłasową. „Sleep Well Beast” to dla mnie kolejna podróż do tej samej krainy łagodności, którą odwiedziłem po raz pierwszy po wydaniu „Trouble Will Find Me”. Intymna, subtelna i oszczędna w dźwięki, jakby śmielej zerkająca w stronę elektronicznych zabawek, gitarowych efektów, banalnych loopów z pudełka. Z drugiej strony – jeszcze głębiej niż poprzedniczka zanurzona w dziedzictwie Talk Talk i Marka Hollisa. I każda z tych cegiełek niesie taką emocję, że jestem bezbronny i nie umiem stwierdzić, czy np. „Guilty Party” to tani szloch, bo mi ta historia rozdziera serce. Pod apaszkowymi nutami i wypolerowaną kalafonią drzemie tona neurozy, którą The National podaje jak przystało na prawdziwych testosteronowych wrażliwców – drżącym ze wzruszenia głosem, ale z godnością, bez mazania się. Tak właśnie trzeba.The National

Czym by ten indie rock nie był – a ja nie wiem czym jest, ale dla wielu to chyba coś ważnego – wrzucanie tam The National wydaje się krzywdzące i nieadekwatne. Narzędzia są może i podobne, ale wrażliwość oscyluje bliżej dostojnej melancholii Tindersticks i Marka Lanegana. Nie tylko ze względu na aksamitny tembr głosu Matta Berningera, raczej z uwagi na tzw. treść, kompletnie rozbieżną z kluchowatym, radiowym poprockiem. The National wyszli z okresu rozedrganej adolescencji, która wypchnęła ich na stadiony i główne sceny letnich festiwali. Stojąc u progu wieku średniego, wciąż są wielcy, choć mówią o tym bardziej stonowanym głosem. Grają stosownie do stanu ducha mężczyzn dojrzałych, ale niezblazowanych. Mnie to cieszy, bo i czemu miałoby martwić? Starzeją się wszyscy, nie tylko członkowie The National. Jeśli zaczęła ci się podobać ich muzyka – to znak, że i ciebie to nie omija. Przyjmij to jak należy.

Bartosz Cieślak