THE HORRORS – V (Wolf Tone/Universal)

The Horrors to taki zespół, który jest lubiany, choć na koncertach bywa różnie z frekwencją, zespół, który niby jest oryginalny, choć w zasadzie niczego nie wymyśla. Zespół, który jest trudny do sklasyfikowania a jednak utożsamiany głównie z brytyjskim indie rockiem. Zespół, który budzi konsternację, bo nikt nie wie za bardzo co z nim zrobić, choć jednocześnie nie można im odmówić talentu do tworzenia dobrej muzyki. Tyle, że jakoś nie przechodzi to przez gardło. I podobnie jest z nową płytą.

Od razu zatem dodam, ustawiając się automatycznie wśród pozerów – bardzo lubiłem poprzedni krążek Brytoli „Luminous i jeszcze bardziej pasuje mi nowa odsłona tego zespołu. Bo zachowując swoje charakterystyczne podejście do muzyki, nadal trzymając się tanecznego odłamu rocka, nadał tym razem swoim nowym piosenkom lekko psychodelicznego, rozedrganego charakteru. Oczywiście, cały czas zachowując przystępność, więc jeśli ktoś liczy na jakieś rozmemłane piosenki, może spokojnie posłuchać płyty. To nadal zwarte numery, tyle, że w nieco innej oprawie brzmieniowej. Trudno uznać to oczywiście za przejaw oryginalności i myślę, że zespół pogodził się z tym, że prochu nie wymyśli. Czuję ten luz na „V” i to mi w zupełności wystarcza, wywołując jednocześnie reakcję odprężenia i radosnego uśmiechu – okazuje się, że można zrobić coś z niczego i nadać pozornie banalnej muzyce ekscytującą powłokę. Wiadomo, Brytole. I w ten sposób okazuje się, że „V” trafia w punkt.T H

Przynajmniej 3/4 nowej płyty The Horrors to numery, które mają niezły potencjał  komercyjny, choć nie mówimy tu o szlagierach radiowych. Zespół stosuje zasadę „prawie” – prawie taneczne bity, prawie psychodeliczna mgiełka otulająca prawie rockowe numery, które udają prawie piosenki. Te niedopowiedzenie jest niezwykle smakowite (choć dla części słuchaczy będzie to element wkurwiający…), szczególnie, kiedy następuje kumulacja owych „prawie”. Tak jest w wyspiarsko zblazowanym „Hologramie”, transowym songu „Machine”, czy psychodeliczno – trip-hopowym „Ghost”. W zasadzie każda z tych piosenek nosi stygmaty, które stawiają je… prawie obok wymienionych stylistyk, ale zespół złośliwie pozostawia niedopowiedzenie, nie domyka żadnej z charakterystycznych cech, kapryśnie myląc tropy. Dla jednej osoby będzie to denerwujące, ktoś inny stwierdzi, że dzięki temu „V” intryguje. Choć są tu też momenty odpuszczenia, kiedy mamy do czynienia faktycznie ze zwykłymi piosenkami w tylu „Gathering” czy radiowym „Point of no Reply” – ten ostatni numer drażni trochę zbyt zwyczajnym prościutkim, rockowym bitem, to jednak malutka wpadka na tej płycie, a zespołowi może zapewnić (prawie…) hita. Koniec krążka to znowu zwyżka formy – „Something to Remember Me By” czy  „World Below” ponownie kuszą transowym klimacikiem, błąkającym się gdzieś między psychodelicznymi rozjazdami i chłodną aurą znaną z „Honey’s Dead” TJAMC.

W ogólnym rozrachunku wychodzi, że dostajemy płytę, która zawiera wszystko za co kochamy albo serdecznie nienawidzimy muzykę z wysp. Trochę szugejza (przepraszam za nadużycie), britpopu, podlanego angielskim manieryzmem i zatopionego w pogłosach brzmieniowej mgiełki. Zapewne płyta spotka się z wieloma oznakami hejtu i pewnie dlatego osamotniony w swojej fascynacji nie mogę się od niej uwolnić.

Arek Lerch