THE FREUDERS – Warrior

Pięć lat w przypadku muzyki tak intensywnie buzującej jak rock i okolice to wiek co najmniej. Dlatego byłem ciekaw, jak wypadnie następczyni „7/7”, tym bardziej, że The Freuders mimo wszystko nie spał i nawet jeśli nie udzielał się intensywnie na scenie, to cały czas przebudowywał swoją muzykę, czego przedsmak mieliśmy na pamiętającym rok 2018 mini albumie „Omniform”. W jakim miejscu znajduje się kwartet w 2020 roku?

Na to pytanie będzie dość trudno odpowiedzieć, w bo sumie nie wiem, czy to bezpieczna przystań, czy raczej – co jest chyba bliższe prawdy – tylko kolejny krok, sugerujący, że za rok/dwa dostaniemy do rąk zupełnie inne oblicze grupy. Skupiamy się jednak na tym co tu i teraz.  Trochę śmieszna konkluzja jest taka, że to rock bez wąsów, które zespół stara się dość regularnie golić, przez co nie mamy do czynienia z jakimś revivalem, ale sprawnie zbudowaną narracją, fakt, opartą o wątki znane z historii muzyki rockowej, tej nowożytnej, dzięki czemu odsłuch jest przyjemny a pojawiające się, znane smaczki nie wywołują jakichś sentymentalnych odruchów. Jednocześnie szybko można zauważyć, że tym razem The Freuders są zdecydowanie bardziej wyciszeni; nowe piosenki, choć mają sobie dynamikę i dobry groove, pod względem aranżacyjnym i harmonicznym bardziej skupiają się na wytworzeniu klimatu niż pobudzeniu do radosnych podrygów („Tension” i „Maria Stuart” będą dobrymi przykładami…). Inna rzecz to fakt, że kompozycje jeszcze bardziej ciążą w stronę szeroko pojętego indie („Pulse” czy wałek tytułowy) niż riffowego łomotu. Nie chcę tu wyrokować czy to dojrzałość, czy premedytacja, ale faktycznie, płyta wydaje się być dziełem do wielokrotnej konsumpcji, niekoniecznie w zatłoczonym klubie. Na pewno warto podkreślić dużą dbałość o stronę harmoniczną nowych utworów, tu faktycznie nie ma banału, struktura melodyczna jest jak na taką muzykę bardzo wyrafinowana, momentami (choć nie jestem fanem takich rozwiązań) nawiązuje do neo progresji, na szczęście, bez budowania piramidy niepotrzebnych dłużyzn, co w tym gatunku jest nagminne.Freuders

Zespół przygotował nieprzesadzony zestaw zróżnicowanych piosenek; o „Pulse” i wałku tytułowym już wspomniałem. Progresja słyszalna jest w „Trauma Coma” (progresywne indie? Nowa szufladka?), w „Dijuth” mamy szczyptę hipnozy a la Tool, z „dużych” tytułów, przewija się też klimat zanany z późnych płyt Queens of the Stone Age („Hannibal” czy „Barbed Wire”), wreszcie na koniec zespół serwuje „Anamnesis III”, utwór, który jest dość wyjątkowy ze względu na polski tekst i wokalny udział Łukasza Żurkowskiego, kompozycja to nieco podniosła, smakuje trochę, jakby maczał w niej palce Maciek Wasio, a skoro jest na końcu, śmiem domniemywać, że to będzie jakiś drogowskaz, chociaż w przypadku The Freuders trudno wyrokować co do kierunku poszukiwań.
„Warrior” to płyta z jednej strony na wskroś krajowa, polska, ale w dobrym znaczeniu, dobrze zbudowana, o charakterze ułożonego chłopca, który czeka grzecznie i nie wprasza się do naszego domu. Freudersi nie zdecydowali się na eksperymenty, nie chcą zmuszać słuchacza do wysiłku, raczej zależy im, by proponowane dźwięki były wyrafinowane, owszem, ale łatwo przyswajalne. Cel został osiągnięty, choć, jeśli miałbym rzucić coś na kształt konkluzji, to mam wrażenie, że ten skład może nas jeszcze zaskoczyć. Dużo bardziej, na co w sumie czekam, na razie delektując się „Warrior”…

Arek Lerch