THE FLASH! – Siła (Hevhetia)

Dużo rocka i metalu się u nas rozpanoszyło, zatem czas przełamać te ekstremizmy czymś lżejszym. Używamy często słowa „improwizacja”, szczególnie w kontekście nowej, krajowej alternatywy, która z lubością po taką technikę sięga, więc obecność krakowskiego The Flash! nie może nikogo zdziwić, choć trudno jednoznacznie określić czy to rockowi chłopcy, co odkryli jazz, czy może jazzmani chcący trochę siłowo ponapierać. Tak czy inaczej, „Siła” może się podobać.

Współczesne podejście do jazzu rozpościera się gdzieś pomiędzy klasycznym rozumieniem gatunku a nieskrępowanym szarganiem świętości przez młodych i gniewnych. Dzisiaj nikogo już nie dziwi, że zamiast hałaśliwych gitar, młodzież sięga do saksofonów, rezygnuje z rockowej zwięzłości i szaleje w najlepsze, za nic mając sobie obowiązujące po jednej i drugiej stronie barykady konwenanse. Ostatnio zauważam też, że powraca tęsknota za mityczną sceną yassową. Krakowskie trio The Flash! po raz kolejny mi o tym przypomniało. Nie jest to oczywiście zarzut, ale patent tej grupy wyraźnie do takiej szkoły nawiązuje. Mamy więc rockową, pięknie pulsującą sekcję, zderzoną z szalejącym saksofonem i absurdem tytułów. Wspomniany instrument wyprawia tu cuda, bo jest i nieco kakofonii, szczypta klasycznie pojmowanej improwizacji, trochę fajnych melodii i dużo zabawy. To właśnie rubaszny klimat muzyki podoba mi się najbardziej. Nie ma w tym jakiegoś przegięcia, ale autentyczna, żywa narracja, w trakcie której muzycy puszczają do nas oko.The Flash!

Większość utworów jest rozbrykana, agresywna wręcz, co podkreśla rytmika, czasami punkowa („103C”, rewelacyjny, cokolwiek symboliczny „Pogrzeb jazzu”) czy prawie hardcore’owo rozpędzona (”Niestrój zdobi człowieka”). Zespół swobodnie eksperymentuje z transem w „Speedball”, deformuje efektami brzmienie basu w „My Life Is Crazy” czy „Wkręconym na maxa”. Potrafi być zaskakująco hałaśliwy w „200 pięści”, choć cały czas nie zapomina o dobrze pojętej chwytliwości. Momentami można się zgubić i nie wiadomo już czy to tylko szaleństwo, czy jakaś wredna zabawa ze słuchaczem, której przewodzi tradycyjny, jazzowy skład, co wciągnął kilogram amfetaminy i zapieprza przez partytury z wściekłością byka. Są też takie momenty, kiedy uświadamiam sobie, jak blisko The Flash! do Morphine (posłuchajcie chociażby pochodu basowego w „Nierwana”), albo kiedy zespół pokazuje, że bardzo dobrze zna założenia jazzu (klasycznie brzmiący „Smutny Sławek”). To tylko pewne zaznaczone elementy, bo dzieje się na tej płycie bardzo dużo i dobrze, choć cały czas mam wrażenie, że ten skład się dopiero rozkręca i planuje jeszcze bardziej zdeformować muzyczne kanony.

Jeśli zatem Merkabah jest dla was za ciężki i awangardowy a Królestwo zbyt rozległe, The Flash! może trafić w sedno alternatywnej tarczy.

Arek Lerch